 |

Andrzej Ciszewski
Wyliczając poszczególne osiągnięcia łatwo jest zgubić to, co
najważniejsze, widoczne tylko z perspektywy czasu. A ta ukazuje Andrzeja
jako najwybitniejszego w minionym półwieczu, ciągle aktywnego polskiego
taternika i alpinistę jaskiniowego. Co więcej, jednego z
najwybitniejszych na świecie.
[fragment laudacji wygłoszonej przez Macieja Kuczyńskiego z okazji
przyznania Andrzejowi Ciszewskiemu Super Kolosa w marcu 2010 roku]
„Czy chodzenie po jaskiniach to sport ekstremalny? Dla mnie prawdziwie
ekstremalny wyczyn to bezpieczne przejechanie samochodem z Krakowa do
Tarnowa” – tak jeszcze kilka lat temu mówił posiadacz rekordu świata w
głębokości eksploracji jaskiń (-1632 m w systemie Lamprechtsofen w
Alpach Austriackich). Od tego czasu jakość krajowej czwórki znacznie się
poprawiła, ale dystans do siebie, poczucie humoru i ujmujący sposób
bycia Andrzeja Ciszewskiego pozostały niezmienne. Cechy niezmiernie
ważne, bo to właśnie w dużej mierze dzięki nim i swojej naturalnej
charyzmie był i jest w stanie tak silnie oddziaływać na całe środowisko
polskich taterników jaskiniowych, inspirować i stymulować jego aktywność
w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci. Bez dokonań, przykładu i
konsekwencji Andrzeja Ciszewskiego polski ruch jaskiniowy z pewnością
nie osiągnąłby tak wysokiego poziomu, na jakim dziś się znajduje.
Laureat Super Kolosa, Kolosa 1999 i aż siedmiu wyróżnień (2001, 2002,
2003, 2004 2005, 2006, 2008) przyznanych przez Kapitułę urodził się w
roku 1952 w Krakowie. W swoim życiu eksplorował kilka tysięcy jaskiń i
nawet on sam nie pamięta ile dokładnie. Odbył kilkadziesiąt wypraw,
schodził pod ziemię w Tatrach, w Alpach, na Kaukazie, w północnej
Afryce, Meksyku, Chile, Chinach, na Hawajach i na Wyspie Wielkanocnej.
Gdyby zsumować tygodnie i miesiące, w czasie których zmagał się z
naturą, okazałoby się, że we wnętrzach różnych górskich masywów spędził
dobrych kilka lat.
A wszystko zaczęło się ponad czterdzieści lat temu od podkrakowskich
skałek. „Najpierw była tylko radosna, amatorska wspinaczka na sznurach
od bielizny, z czasem przybrało to formę bardziej zaawansowaną. Z grupą
przyjaciół trafiliśmy do Krakowskiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego,
ukończyliśmy kurs i rozpoczęliśmy poważną działalność” – wspomina
Andrzej Ciszewski, który z KKTJ związany jest do dziś. Jego pierwszą
jaskinią była Wierzchowska Górna w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej,
jedna z najładniejszych w okolicach Krakowa.
Co zdecydowało, że poświęcił się taternictwu jaskiniowemu, a nie
wspinaczce, którą początkowo też się zajmował? „Za jaskiniami przeważyło
to, że są bardziej tajemnicze i romantyczne” – mówi. „Poza tym szybko
wciągnęła mnie eksploracja. W jaskiniach jest znacznie więcej niż w
górach możliwości poznawania rzeczy zupełnie nowych. Taka działalność
jest dla mnie bardziej kreatywna”.
Z owych możliwości, które dostrzegł w młodym wieku, korzystał następnie
niezwykle umiejętnie i konsekwentnie. Był inicjatorem i prekursorem
wprowadzenia w Polsce nowoczesnych i do dziś wykorzystywanych technik
linowych poruszania się po jaskiniach (technika odcinkowa). Ich
zastosowanie umożliwiło dokonywanie szybkich przejść jaskiń w małych
zespołach, co w efekcie pchnęło polską speleologię na nowe tory i dało
podwaliny pod późniejsze sukcesy.
W latach siedemdziesiątych XX wieku Andrzej Ciszewski zasłynął
dokonaniem bardzo szybkich i świetnych stylowo przejść trudnych jaskiń
tatrzańskich (m.in. Ptasiej Studni, Bandzioch Kominiarski, Wielka
Litworowa), z sukcesami prowadził też eksplorację takich systemów jak
Bandzioch Kominiarski, Czarna, Za Siedmiu Progami czy Jaskini Koziej. Od
drugiej połowy wspomnianej dekady zaczął ponadto – najpierw jako
uczestnik, następnie w roli kierownika – brać udział w wyprawach poza
granice Polski, co wkrótce zaowocowało kolejnymi sukcesami. W roku 1980
kierowany przez Ciszewskiego zespół w najgłębszej wówczas jaskini
świata, Reseau Jean Bernard w Alpach Sabaudzkich, dokonał pierwszego
przejścia od najwyższego otworu do syfonu końcowego osiągając głębokość
-1365 m.

A. Ciszewski
w Lamprechtsofen
Osiemnaście lat później wytrwałość i konsekwencja w dążeniu do celu, w
połączeniu z ponadprzeciętnymi zdolnościami organizacyjnymi doprowadziły
Andrzeja Ciszewskiego do jednego z najbardziej spektakularnych osiągnięć
polskiego alpinizmu podziemnego – rekordu świata. Po 25 latach
systematycznej eksploracji jaskini Lamprechtsofen w masywie Leoganger
Steinberge w Alpach Salzburskich, na którą złożyło się kilkadziesiąt
wypraw, w większości kierowanych przez Ciszewskiego, polskim grotołazom
udało się osiągnąć głębokość -1632 m, dzięki czemu Lamprechtsofen stała
się najgłębszym systemem jaskiniowym świata.
„Lamprechtsofen to była sukcesywna realizacja raz podjętego celu,
dlatego ciągle tam wracałem” – opowiada krakowski grotołaz.
„Dostrzegliśmy szansę na to, by po pierwsze bardzo wiele poznać, a po
drugie osiągnąć wynik, który pójdzie w świat. I to nam się udało”. A
miarą sukcesu w Lamprechtsofen jest właśnie nie tylko sportowy wynik,
ale i rezultaty wnikliwej, wieloletniej eksploracji, dzięki którym udało
się np. zweryfikować istniejące poglądy geologiczne na temat
kształtowania się krasu w Alpach.
Niezwykle cenna poznawczo była również długoletnia działalność zespołów
Andrzeja Ciszewskiego w Wysokich Taurach (najwyższa część Alp
Austriackich) oraz zrealizowane w ostatnich latach wyprawy eksploracyjne
na wyspę Madre de Dios w Chile oraz na Wyspę Wielkanocną. W 2008 roku
ekspedycji kierowanej przez Andrzeja Ciszewskiego udało się na Rapa Nui
uzyskać zgodę miejscowej Rady Starszych na prowadzenie badań w
jaskiniach należących do poszczególnych rodów zamieszkujących wyspę od
pokoleń, do których to miejsc przybywający tam naukowcy nie mają zwykle
dostępu. W trakcie prac badacze dokonali wielu niezwykle cennych ustaleń
na temat kultury i historii mieszkańców Wyspy Wielkanocnej, zaznaczyli
liczne stanowiska archeologiczne i antropologiczne oraz m.in. zebrali
materiał do dalszych badań, mających ustalić, skąd i kiedy przybyli na
wyspę pierwsi ludzie.
Spośród kilku tysięcy jaskiń, jakie poznał, jego ulubioną pozostaje
Lamprechtsofen. Ale nie tylko ze względu na rekord. „Działałem w
jaskiniach tropikalnych, gdzie jest cieplej, przyjemniej i bardzo często
łatwiej” – tłumaczy. „Jest tam też bardziej rozwinięta szata naciekowa.
Ale dla mnie i dla ludzi z mojego środowiska to nie najważniejsze.
Najbardziej cenię sobie zróżnicowanie, a w Lamprechtsofen można spotkać
niemal wszystkie formy, jakie występują w innych jaskiniach”.
Po tylu latach uporczywego wczołgiwania się pod ziemię, spędzania
mnóstwa czasu w skrajnie nieprzyjaznym człowiekowi środowisku, zmagania
z ciemnością, błotem i ciężkim sprzętem nadal się Andrzejowi
Ciszewskiemu nie znudziły. Jak to możliwe? „Ja to naprawdę kocham” –
odpowiada ze śmiechem.
Piotr Tomza

Ewa Wójcik i Andrzej Ciszewski przy otworze jaskini na Wyspie
Wielkanocnej
fot. A. Larisz, Z. M. Ryn, E. Wójcik
|