winietax

Super Kolos dla Janusza Kurczaba

Ilość wyświetleń: 4418 - Dodano: środa, 11 marca 2015 14:21

Super Kolos dla Janusza Kurczaba

Nazwisko jednego z laureatów tegorocznych Kolosów już znamy. Wiemy, kto otrzyma Super Kolosa. Kapituła zdecydowała, że najcięższa, bo ważąca prawie 10 kg statuetka za całokształt dokonań, trafi do rąk Janusza Kurczaba, wybitnego alpinisty oraz niestrudzonego popularyzatora i kronikarza polskich osiągnięć w górach całego świata.

           

Laureat Super Kolosa urodził się 77 lat temu w Warszawie. W młodości był jednym z najlepszych szermierzy w kraju, wielokrotnym mistrzem Polski w szpadzie i uczestnikiem Igrzysk Olimpijskich w Rzymie.

             

Sukcesy wspinaczkowe zaczął odnosić we wczesnych latach 60. Wytyczył wiele nowych skalnych i lodowych dróg w Tatrach, Alpach, Hindukuszu i Karakorum. W roku 1971 dokonał pierwszego zimowego przejścia Wielkim Filarem Narożnym Mont Blanc. Trzy lata później kierował wyprawą, której uczestnicy jako pierwsi zdobyli Shishpare Sar w Karakorum, dwukrotnie próbował też wytyczyć nową drogę na K2 (osiągając wysokość 8400 m i 8250 m).

           

Jest autorem wielu książek i przewodników, m.in. serii Polskie Himalaje, stanowiącej niezastąpione kompendium wiedzy na temat historii eksploracji najwyższych gór świata.

             

Podczas Kolosów 2014 prelekcję poświęconą laureatowi będzie można oglądnąć tuż po ceremonii wręczenia statuetek w hali Gdynia Arena, w niedzielę, 15 marca, o godz. 17.30.            

           

A juz teraz, dzięki uprzejmości magazynu „GÓRY”, zapraszamy do lektury fragmentów obszernego wywiadu, którego Janusz Kurczab udzielił Andrzejowi Mirkowi.

           

           

Janusz Kurczab człowiek czekana, pióra i szpady

          

(...) Z informacji, które znalazłem, wynika, że łącznie dokonał Pan około 50 pierwszych przejść. Tymi dokonaniami można by obdzielić kilku wspinaczy. Jestem pod dużym wrażeniem. Jak to było możliwe organizacyjnie i logistycznie?
Było ich trochę mniej, około 40 nowych dróg letnich i pierwszych przejść zimowych – w sumie. Czy to jest dużo? Zacząłem się wspinać w 1957 roku, a ostatnią wspinaczkę górską (skałek nie liczę) odbyłem w 1996 roku. Łatwo obliczyć, że moja kariera taternicka trwała 40 lat. Pierwsza nowa droga to rok 1960, ostatnie pierwsze przejście zimowe – rok 1980. A więc na tę ilość pierwszych wejść potrzebowałem 21 lat. Weźmy pod uwagę, że kiedyś spędzało się w górach znacznie więcej czasu niż obecnie, a i problemów można było znaleźć więcej. W latach sześćdziesiątych można było znaleźć w Tatrach dziewicze ściany, a w 1970 roku trafiło mi się z trójką przyjaciół nawet pierwsze wejście na dziewiczy wierzchołek – Wyżnią Młynarzową Kopę.

          

Wśród przejść tarzańskich zdecydowanie wyróżnia się pokonanie Filara Kazalnicy. Z tą wspinaczką była związana dramatyczna przygoda. Poproszę o garść wspomnień.
Nie ukrywam, że mimo iż przejście Filara miało miejsce w pierwszym okresie mojego wspinania, to tego osiągnięcia w Tatrach nie udało mi się już przewyższyć. Wspomnienia z tej wspinaczki są ciągle żywe, towarzyszyła jej atmosfera rywalizacji, a dodatkowym obciążeniem były tragiczne wypadki, w jakie obfitował ten pechowy sezon. Pytając o dramatyczną przygodę, ma Pan zapewne na myśli odpadnięcie w Wielkim Okapie. Przytoczę tu skrócony fragment mojego opowiadania opublikowanego w książce „Filar Kazalnicy”:

           

Wielki okap postanowiliśmy przejść po hakach, nie korzystając ze zwisającej liny poręczowej. W rozpędzie minąłem ostatni hak wbity własną ręką i zawiesiłem się na pierwszym haku Pomurnika. I wtedy na oko pewnie tkwiący w dobrej szczelinie hak wyleciał pod moim ciężarem! Szarpnięcie wyrwało dwa następne haki i po ułamku sekundy dyndałem wolno w powietrzu w kilkumetrowej odległości od skały. Licząc się z taką ewentualnością, w czasie wspinaczki na Filarze zawsze mieliśmy przy sobie dwie pętle związane na linie asekuracyjnej węzłami Prusika. Na próżno jednak kopałem nogami w powietrzu. Nie mogłem trafić nogą w żadną z pętli. Związany byłem liną tuż pod pachami, toteż gruby węzeł zadzierał mi brodę do góry i uniemożliwiał spojrzenie w dół. Gdy rozszerzyłem pętle rękami, okazało się, że są za krótkie i w pozycji wiszącej nie mogłem tak wysoko zadrzeć nogi. Zacząłem się męczyć i ucisk pod pachami stawał się nie do wytrzymania. Lada chwila groziła mi utrata przytomności, a wtedy już nie byłoby żadnego ratunku! Zaczęło mi ciemnieć przed oczami. I wtedy dotarł do mnie głos Pomurnika, który krzyczał: „zawieś ławeczki na prusikach”! Prawda, ławeczki! Złapałem jedną z nich i zapiąłem na pętli. Ostatkiem sił podciągnąłem się trochę na rękach, ledwie tyle, by móc na moment spojrzeć w dół, kopnąłem rozpaczliwie nogą i... stanąłem w ławce. Ucisk pod pachami zelżał i całe zmęczenie minęło jak ręką odjął.

            
To była jedna z najbardziej niebezpiecznych przygód w całej mojej 40-letniej karierze wspinaczkowej.

          

Które z przejść alpejskich wyróżniłby Pan i dlaczego? Również poproszę o wspomnienia, począwszy od wyboru celu, przez samo wspinanie, skończywszy na odbiorze w środowisku.
Na pierwszym miejscu zdecydowanie postawiłbym pierwsze zimowe przejście drogi Bonatti-Gobbi na Wielkim Filarze Narożnym Mont Blanc. Również dla moich towarzyszy wspinaczki było to życiowe osiągnięcie, w tym także dla Andrzeja Mroza, który przecież miał w Alpach wiele świetnych przejść. Celem naszego wyjazdu w 1971 roku było pierwsze przejście zimowe jednego z trzech wielkich problemów, jakie można było znaleźć w Masywie Mont Blanc: północnej ściany Les Droites, Filaru Croza na Grandes Jorasses, i Filaru Narożnego Mont Blanc. Pierwszy stał się nieaktualny jeszcze przed naszym wyjazdem z kraju: trójka alpinistów szwajcarskich przeszła na początku stycznia 1971 północną ścianę Les Droites. Z kolei w Chamonix dowiedzieliśmy się o pokonaniu Filaru Croza przez dwójkę Francuzów z École Militaire de Haute Montagne. Dziewiczy pozostał więc tylko Wielki Filar Narożny – najdłuższa, najtrudniejsza i najbardziej ryzykowna z upatrzonych przez nas dróg.

         
Skład naszego zespołu wyglądał następująco: Andrzej Dworak, Andrzej Mróz, Tadeusz Piotrowski i ja. Bazą wypadową na Filar było schronisko (wówczas jeszcze bez gospodarza) na Col du Trident. Pierwszy atak 2 marca nie powiódł się z powodu złej pogody. Po biwaku wycofaliśmy się na przełęcz, by ponowić szturm w dniu 5 marca. Warunki w ścianie pogorszyły się i wspinaczka przebiegała wolno, tym bardziej, że byliśmy mocno obciążeni. Po każdym wyciągu następowało wyczerpujące wyciąganie worów. Dziennie pokonywaliśmy średnio 3-4 wyciągi najtrudniejszych partii drogi, docierając wieczorem 8 marca na wierzchołek turni na wysokości ok. 3950 m, wieńczącej tzw. Śliczne Zacięcie – ostatni trudniejszy technicznie fragment Filara. W dniach 9–11 marca przeszliśmy pozostałą część drogi i przez wierzchołek Mont Blanc dotarliśmy do schroniska Vallota. Warunki lodowe na łatwej zazwyczaj Grani Peuterey były bardzo złe, niemal bez przerwy musieliśmy rąbać stopnie. Mocno dawał się we znaki porywisty wiatr, co przy panującej temperaturze ok. minus 20 stopni (w nocy było poniżej -30 stopni), groziło ciężkimi odmrożeniami. W sumie przejście trwało 7 dni, a ostatni - szósty biwak był szczególnie ciężki. Dworak i Piotrowski odkryli wówczas, że mają poważnie odmrożone palce u nóg. Opuchlizna nóg uniemożliwiała założenie butów i konieczna była ewakuacja z Vallota helikopterem.

             
Nasze przejście spotkało się z żywym oddźwiękiem w świecie alpinistycznym i prasie francuskiej. Najbardziej znamienne było stwierdzenie paryskiego dziennika „Le Figaro”, który zaliczył je do rzędu „najwybitniejszych osiągnięć w historii alpinizmu”. W „Alpine Journal” podobnie ocenił nasze przejście znany brytyjski alpinista Paul Braithwaite. W Polsce prasa codzienna bardziej zainteresowała się wypadkiem Andrzeja Tarnawskiego, niż późniejszym sukcesem. Ale ocena polskiego środowiska alpinistycznego, Klubu Wysokogórskiego i centralnych władz sportowych była jednoznacznie wysoka. Za Filar Narożny otrzymaliśmy pierwsze w historii naszego alpinizmu najwyższe polskie odznaczenia sportowe: Złote Medale „Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe”.

        

Dolomity to fantastyczne, wysokiej urody miejsce dla wspinacza, narciarza i turysty, a co u Pana zadecydowało o tak częstym wyborze tego właśnie miejsca na wspinaczkę?
Dolomity na nowo „otworzył” dla Polaków Józef Nyka. Wcześniejsze polskie wspinaczki w tym rejonie miały miejsce jeszcze przed I wojną światową. W 1962 roku Nyka poprowadził sześcioosobowy obóz naszych alpinistów w Dolomitach. Osiągnięto wówczas bardzo dobre wyniki – pokonano kilka najwybitniejszych dróg z okresu międzywojennego. Ja już kilka lat wcześniej interesowałem się Dolomitami. Fascynowały mnie szczególnie wielkie wspinaczki z lat 1958-1959 – pokonanie środków północnych ścian Cima Grande i Cima Ovest di Lavaredo. Pierwszy artykuł, jaki opublikowałem w „Taterniku” (nr 1/1962), opisywał właśnie odbywające się w atmosferze ostrej rywalizacji szturmy na północną ścianę Cima Ovest. Z kolei w n-rze 3-4/1963 ukazał się mój artykuł historyczny „Sto lat alpinizmu w Dolomitach”.

            
Dobre przejścia z lata 1962, a szczególnie pokonanie Filara Kazalnicy, umożliwiły mi pierwszy wyjazd w Alpy. Rodzaj wspinaczki, jaką wówczas uprawiałem, predestynował mnie do zakwalifikowania się na wyjazd właśnie w Dolomity. Kierownikiem był ponownie Józef Nyka, a pozostałymi towarzyszami wyjazdu Gienek Chrobak, Andrzej „Zyga” Heinrich, Tadeusz „Klaus” Łaukajtys, i Rysiek Szafirski. Ja wspinałem się z tym ostatnim. Tego lata (1963) mogłem naocznie stwierdzić, jak wspaniałymi górami są Dolomity, i ile jest tu jeszcze do zrobienia. Na pierwsze polskie przejścia czekały najsławniejsze drogi powojenne, modernistyczne direttissimy, ściany o wysokości przekraczającej 1000 m, nierzadko sięgające półtora kilometra.

            

Pierwsza wspinaczka czwórkową drogą na Torre Venezia – to był „zimny prysznic”. Okazało się, że „czwórka” tatrzańska nie umywa się do tego samego stopnia w Dolomitach, na dodatek asekuracja była iluzoryczna, a w zejściu trzeba było pokonywać bez asekuracji trudności w stopniu III. Potem przyszła udana próba na pierwszej „sesto grado superiore”, czyli pn.-zach. ścianie Torre di Valgande. Gdy w końcu udało nam się z Ryśkiem pokonać sławną z trudności klasycznych drogę Philipp-Flamm na Civetcie i zrobić III przejście trudnej „hakówki” – Filara Wiewiórek na Cima Ovest di Lavaredo - uwierzyliśmy w swoje siły i zaczęliśmy snuć dalsze plany. Pod koniec 1963 roku wystąpiłem z inicjatywą zorganizowania zimowego wyjazdu w te góry. W Dolomitach niewiele poważnych dróg miało wówczas przejście zimowe. Wyjechaliśmy w czwórkę: Jurek Krajski, dwóch Ryśków – Rodziński i Szafirski – oraz ja. Jurek Krajski był z nas najstarszy i najbardziej doświadczony, ale kierownikiem zostałem ja, ze względu na znajomość gór i języka włoskiego. Zrobiliśmy I przejście zimowe drogi Stössera środkiem południowej ściany Tofana di Rozes. Szafirski i ja musieliśmy wracać do kraju, natomiast Krajski i Rodziński postanowili zostać i zaatakować Filar Wiewiórek na Cima Ovest. Drogę praktycznie przeszli, ale w łatwej partii podszczytowej nastąpił wypadek, w wyniku którego Rodziński odniósł obrażenia i został unieruchomiony w ścianie. Krajski udał się po pomoc, ale w zejściu odpadł i poniósł śmierć. Rodziński został uratowany dzięki brawurowej akcji włoskiego helikoptera wojskowego.

        
Włosi często nazywają Dolomity „monti pallidi”, co znaczy „blade góry”. Nazwa ta nie w pełni oddaje ich charakter i piękno. Dolomity bywają blade, ale równie często – szczególnie w słońcu – bardzo kolorowe, a pod wieczór nawet krwistoczerwone. Jeszcze kilka razy wspinałem się w tych górach – zimą 1969 i 1973 oraz latem 1979 i 1981. Zawsze mnie tam ciągnęło, nie bez znaczenia również było to, że miałem przyjaciół wśród włoskich alpinistów i znałem ich język.

          

Skąd wziął się pomysł, by 38 lat temu pokonywać 1500-metrową ścianę w stylu alpejskim? Czy czuje się Pan prekursorem obowiązującego dziś stylu? Noszaq, Nosaq czy wreszcie Noshaq – skąd różna pisownia? A może spolszczony Noszak?
To jest tak popularny i ważny dla Polaków szczyt, że moim zdaniem zdecydowanie powinno się pisać Noszak. Zresztą właśnie w tej formie szczyt figuruje w Wielkiej Encyklopedii Gór i Alpinizmu. Może przesadą byłoby nazywać właśnie mnie prekursorem stylu alpejskiego w górach wysokich. Wspinaczki w tym stylu, wprawdzie od niedawna, ale uprawiali już alpiniści zachodni, i te przejścia poruszały naszą wyobraźnię. Jeśli chodzi o polski alpinizm, to fakty są takie: w 1972 roku podobne cele wyznaczyły sobie dwie polskie wyprawy, nie wiedząc jedna o drugiej. Tylko przypadek zrządził, że przejście południowo-zachodniej ściany Noszaka przez nasz zespół (Jan Holnicki-Szulc, Krzysztof Zdzitowiecki i ja) wyprzedziło o około 2 tygodnie przejście północno-wschodniej ściany Akher Chagh przez krakowską trójkę w składzie: Piotr Jasiński, Marek Kowalczyk i Wojciech Kurtyka. Pomysłodawcą przejścia ściany Noszaka w takim a nie innym stylu byłem ja, w przypadku wyprawy krakowskiej posądzam o to Wojtka Kurtykę. Więc zasługą muszę się podzielić, szczególnie, że Wojtek tak pięknie rozwinął tę ideę...

          

Zanim zaczął się Pan wspinać, walczył Pan jako szpadzista. Szermierka wydaje się sportem bardzo odległym od wspinania, może jednak są jakieś analogie lub elementy, które wykorzystał Pan we wspinaniu?Jak było możliwe łączenie tych dwóch sportów na najwyższym poziomie?
Zacząłem się wspinać na początku 1957 roku, zanim jeszcze osiągnąłem wysoki poziom w szermierce. Kto wie, czy nie inaczej potoczyłyby się moje losy, gdybym wtedy był już w szermierczej kadrze narodowej... Uprawianie wyczynowego sportu zawodniczego na wysokim poziomie bardzo absorbuje. Gdy doszlusowałem do czołówki krajowej w szermierce, a był to rok 1958, zdążyłem już złapać bakcyla wspinaczkowego i było za późno. Musiałem jakoś godzić obie dyscypliny. Kolizje były jednak nieuniknione. W marcu 1963 roku skręciłem sobie nogę w kostce podczas treningu na dębach na warszawskich Bielanach. Musiałem przez jakiś czas pauzować. Latem w Gdańsku odbywały się Mistrzostwa Świata w Szermierce. Niechętny mi trener wyeliminował mnie wtedy z drużyny szpadowej (wystartowałem tylko w konkurencji indywidualnej) motywując to tak: „Na mistrzostwach plansze będą podwyższone. Kurczab jako leworęki, będzie poruszał się po lewym skraju planszy, może spaść i wtedy odnowi mu się kontuzja.” Oczywista bzdura – ten argument może dotyczyć również szermierza praworękiego, który chodzi po prawej stronie planszy. No, ale chciał wstawić swojego protegowanego, przekonał zarząd związku, i to mu się udało. Z kolei kontuzja, jaką odniosłem w lawinie w kwietniu 1964 roku, i związane z tym opóźnienia treningowe, uniemożliwiła mi wyjazd na Olimpiadę do Tokio.

          
Szermierka rzeczywiście jest sportem bardzo odległym od wspinania. Jedynym elementem treningu szermierczego, który pomagał mi w górach, była konieczność utrzymywania stale wysokiej sprawności fizycznej, kondycji ogólnej. Miało to znaczenie w czasach, gdy niewielu alpinistów prowadziło regularne treningi – właściwie trenowało się tylko poprzez samo wspinanie, np. w skałkach, a pobyt w górach zaczynało się od „rozkręcania”.

       

Skąd motywacja, zapał i energia do aż tak rozległej działalności społecznej?
Na początku, a był to rok 1961, zostałem przez kogoś namówiony i wszedłem do Zarządu Koła Warszawskiego KW, gdzie zajmowałem się sprawami propagandy, a więc głównie organizacją odczytów i informacją o działalności Koła. Z kolei rok później Andrzej Paczkowski zaproponował mi pracę w Komisji Sportowej Zarządu Głównego KW. W ten sposób wciągnąłem się w pracę organizacyjną, a ponieważ nigdzie nie pracowałem etatowo, dysponowałem sporą ilością czasu. Zapału i energii nigdy mi nie brakowało, a początkowe motywacje... Nie bardzo pamiętam, ale chyba w jakimś stopniu czułem się dowartościowany, że starsi koledzy mnie dostrzegają. Później działanie organizacyjne weszło mi już w nawyk, ponadto mogłem w jakimś stopniu wpływać na politykę Klubu Wysokogórskiego. Bardzo zależało mi na jego usportowieniu, nastawieniu na wysoki wyczyn. Powodowało to czasami spięcia ze zwolennikami tzw. „alpinizmu niewyczynowego” (przez jakiś czas istniała nawet taka komisja przy Zarządzie Głównym KW).

           

Wydawanie książek, prasy, filmów to sposób na zarabianie pieniędzy, realizowanie pasji, czy też to, co może być najlepsze, czyli łączenie tych dwóch elementów?
Zdecydowanie to ostatnie! Jednak dużych pieniędzy nigdy nie dało się na tym zarobić i nadal nie jest to możliwe, przynajmniej w moim przypadku... Pierwsze wspinaczki alpejskie i późniejsze wyprawy w góry wysokie przynosiły tyle wrażeń, że przelewanie ich na papier stało się dla mnie niemal koniecznością. Zaczynałem nieśmiało – nie byłem pewien swoich talentów pisarskich. W szkole miałem zainteresowania, a chyba i zdolności, w kierunku przedmiotów ścisłych, głównie fizyki i astronomii. W dalszym ciągu nie wydaje mi się, żebym potrafił napisać interesującą książkę, która byłaby czymś więcej niż tylko reportażem z wyprawy, czy zbiorem „bujdałek” taternickich.

       
Propozycja przejęcia redakcji „Taternika” w 2002 roku bardzo mnie zaskoczyła. Nie od razu się na to odważyłem. Gdy już się wciągnąłem w tę pracę, okazała się wielką przygodą i dawała ogromną satysfakcję. Niestety, wybrany w 2004 roku nowy zarząd PZA przez całą kadencję skutecznie mnie do niej zniechęcał.

         

Zdolności do zbierania dokumentacji są raczej kojarzone z monotonną pracą archiwisty lub księgowego, tymczasem jest Pan autorem cenionych książek o historii polskiego wspinania. Jak to się robi?
Pamiętam, że w liceum historia należała do najbardziej przeze mnie nielubianych przedmiotów. Ale okazuje się, że wiele zależy od człowieka, który dany przedmiot wykłada. Lekcje historii były nudne, ponadto czasy były takie, że nie o wszystkim wolno było mówić.

         
W miarę jak zacząłem wciągać się do wspinaczki, zacząłem interesować się historią taternictwa i alpinizmu. Dużą rolę odegrały tu pierwsze lektury górskie: „Tragedie tatrzańskie” i „Wędrówki alpejskie” Wawrzyńca Żuławskiego, „Zdobycie Mount Everestu” Johna Hunta, i przede wszystkim „Człowiek zdobywa Himalaje” Jana Kazimierza Dorawskiego. Gdy się interesuje i dużo czyta, zdobywa się wiedzę, a stąd już krok do przekazywania jej innym. Również praca w Komisji Sportowej miała tu znaczenie. Kiedy od wielu lat człowiek obraca się wśród sprawozdań, wykazów przejść, dat, wysokości szczytów itp., w sposób naturalny staje się ekspertem od historii. Moje pierwsze publikacje dotyczyły historii alpinizmu. Oprócz wspomnianego wyżej artykułu o zdobywaniu direttissim północnej ściany Cima Ovest di Lavaredo, napisałem również „Sto lat alpinizmu w Dolomitach” („Taternik” 3-4/1963). Przy takich zainteresowaniach moja praca dyplomowa na Studium Trenerów nie mogła dotyczyć innego tematu, jak historia alpinizmu. Jej tytuł to „Osiągnięcia alpinistów polskich w Alpach na tle alpinizmu światowego (1786-1975)”, a opublikowana została w Zeszytach Naukowych AWF nr 61, Kraków 1990.

         

Może się mylę, ale chyba najpopularniejsza Pana książka to „Najpiękniejsze szczyty tatrzańskie”, napisana wspólnie z M.Wołoszyńskim.. Jaki był odbiór książki, czy spotkał sie Pan z żalami, że pominięto jakieś szczyty, drogi?Jak ta książka prezentuje się obecnie?
Nie sądziłem, że akurat ta książka, a raczej przewodnik, jest najpopularniejszą. Napisaliśmy ją (a jeśli chodzi o część wspinaczkową, to tylko ja jestem jej autorem) w okresie transformacji. Nie tylko politycznej, ale również we wspinaniu. To był okres, w którym zmianie uległy „reguły gry” w prowadzeniu nowych dróg, czy uklasycznianiu hakowych. Dopuszczono wiercenie na drogach klasycznych, co kiedyś było nie do pomyślenia. Ponadto nity i haki zaczęto umieszczać ze zjazdu, czego kiedyś nie tolerowano. Pamiętam, jak w połowie lat osiemdziesiątych na obozowisku przy Morskim Oku podszedł do mnie jeden ze znanych taterników i oświadczył, że właśnie dokonano przełomowego przejścia. Chodziło o jakąś drogę na Żabim Mnichu, którą poprowadzono klasycznie z użyciem nitów wbitych w czasie zjazdu. Już nie pamiętam, jak to wtedy na gorąco skomentowałem, może nawet w ogóle nie zająłem stanowiska. Ale wkrótce doszedłem do przekonania, że jeśli chodzi o ideę wspinania, był to krok do tyłu. Wkrótce jak grzyby po deszczu zaczęły się mnożyć przejścia oceniane na VII a nawet VIII stopień trudności. Wprowadzono nowe rodzaje sprzętu – friendy zastąpiły bongi, po rewolucyjnych początkowo „korkerach” coraz częściej wspinano się w nowoczesnych „baletkach” i stosowano uprzęże asekuracyjne. Umiejętności wspinaczy wzrosły, gdy zaczęto intensywnie trenować. To wszystko jednak nie uzasadniało, moim zdaniem, tak szybkiego wzrostu stopnia trudności. Może się mylę, ale na przełomie lat 80. i 90. żadna z „siódemkowych” czy „ósemkowych” nowych dróg nie została poprowadzona z zakładaniem punktów asekuracyjnych „od dołu”. Nasz przewodnik był próbą zwrócenia uwagi na ten problem. Jak oceniam z perspektywy lat – próbą nieudaną. Z krytyką spotkała się również próba wprowadzenia ogólnej klasyfikacji dróg taternickich. Do szczegółowych opisów i schematów dróg (poza wyżej omówionym problemem stopni trudności) raczej nie było zastrzeżeń. Podobnie rzecz się miała ze sprawą wyboru szczytów i dróg. Stwierdzaliśmy jasno, że wybór był subiektywny, więc cóż tu można było krytykować... Książka obecnie jest trudna do dostania, czasem tylko pojawia się w antykwariatach. Pod koniec lat 90. miałem propozycję jej wznowienia ze strony innego wydawnictwa. Zwróciłem się z tym do „Muzy”, która przejęła schedę po „Sporcie i Turystyce”. Trochę to trwało, a gdy w końcu zgodę dostałem, sprawa wznowienia już przestała być aktualna. Może i dobrze, bo wydaje mi się, że ten przewodnik już się zestarzał, na pewno nie jest na obecne czasy.

           

Był Pan trenerem J.Kukuczki, poproszę o jakąś anegdotkę, wspomnienie z tego okresu.
Nie trenerem, ale instruktorem na kursie tatrzańskim. Na studium trenerskim już razem siedzieliśmy w ławkach dla studentów. Latem 1966 roku mieszkałem na obozowisku na Szałasiskach. Któregoś dnia zwrócił się do mnie Jerzy Rudnicki – popularny „Druciarz” – z propozycją, abym został instruktorem na kursie Koła Katowickiego KW. Był kierownikiem kursu, a brakowało mu instruktorów. Dysponowałem czasem, więc się zgodziłem. Do pracy na kursie zgłosił się również Kazik Liszka i, jak mi niedawno przypomniał, niektóre drogi przechodziliśmy razem. W przydzielonym mi zespole adeptów taternictwa, już nie pamiętam, dwu- czy trzyosobowym, był właśnie Jurek Kukuczka. Przechodziliśmy typowe kursowe drogi bez żadnych problemów i przygód. Utkwiło mi w pamięci tylko jedno zdarzenie. Na drodze Stanisławskiego, prowadzącej lewą częścią zachodniej ściany Żabiego Niżniego, poleciłem kursantom, żeby sami wybierali właściwy sposób przejścia według opisu w przewodniku Paryskiego. W pewnym momencie znaleźliśmy się pod pionową ścianką, na oko trudnościami przekraczającą IV stopień, czyli trudności, jakie powinniśmy napotkać na tej drodze. Kursanci stwierdzili, że droga wiedzie właśnie przez tę ściankę. Ja widziałem łatwe i logiczne obejście po trawnikach, ale nie zdradzałem się z tym. Chcą, to niech atakują. Kilka „przymiarek”, ale bez efektu... Wreszcie ruszył Kukuczka. Jak czołg „wydarł” ścianką w górę właściwie na samych rękach. Już nie pamiętam, czy pozostałym kursantom i instruktorowi udała się ta sztuka. Jurek dał tu pierwszą próbkę swojej siły i charakteru.

           

Jerzy Kukuczka na Via dell'Ideale, rok 1973, fot. arch. Janusza Kurczaba / Magazyn "GÓRY"

           

Często spotkać się można ze wspominaniem „złotych lat polskiego himalaizmu”, ale po to, by wypomnieć, jak to źle jest teraz. Jakie jest pana zdanie na ten temat?
To, że obecne polskie osiągnięcia w górach wysokich nie umywają się do tych sprzed ćwierćwiecza, jest faktem bezdyskusyjnym. Można tylko dyskutować nad przyczynami takiego stanu rzeczy. Moim zdaniem, jest parę zasadniczych przyczyn. Po pierwsze – tragiczne wypadki w latach 1986--89, w których zginęło wielu czołowych himalaistów. Powstała w ten sposób luka międzypokoleniowa, którą trudno było szybko zapełnić. Po drugie – szybka transformacja społeczno-gospodarcza. Wzrosła dbałość alpinistów o zdobycie i utrzymanie stanowisk pracy. Dziś nie tak łatwo o długie urlopy, czego wymaga działalność w górach wysokich. Po trzecie – do himalaizmu nie garną się młodzi wspinacze, więc trudno jest „wyłowić” talenty o odpowiednich predyspozycjach psychofizycznych. Wciąż pokutuje pogląd, że himalaizm to „deptanie śniegu”, tylko na większej wysokości. Inna rzecz, że powszechna łatwość wyjazdu w góry wysokie sprawia, że często trafiają tam ludzie bez odpowiedniego wyszkolenia technicznego, którzy ominęli ważne szczeble kariery górskiej jak zimowe taternictwo i wspinaczka w górach lodowcowych typu Alpy czy Kaukaz. Trudno od nich oczekiwać atakowania parokilometrowych ścian himalajskich, nie mówiąc już o zimie himalajskiej.

          

Poza Hindukuszem ominęły Pana wyprawy „egzotyczne”, to świadomy wybór czy przypadek?
Jeśli przez „egzotykę” rozumie Pan wyprawy w góry Afryki, czy w bardziej dzikie rejony Andów, to ma Pan rację – tam nie byłem. Nigdy mnie tam nie ciągnęło, ciągle miałem jakieś inne plany. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby zorganizować wyprawę bardziej egzotyczną niż sportową, poza jednym: wolałem jechać w góry wyższe i trudniejsze. Ale na moich pierwszych wyprawach – na Noszak w Hindukuszu Afgańskim (1972) i na Shisparé w Karakorum (1974) spotykaliśmy się jeszcze z pełną egzotyką, a przejazdy ciężarówką, szczególnie ten przez północne prowincje Afganistanu z Mazare-Szerifu do Heratu, dostarczały niezapomnianych wrażeń.

            

Obóz III na Shispare, fot. arch. Janusza Kurczaba / Magazyn "GÓRY"

              

Był Pan wielokrotnym kierownikiem wypraw. Niechętny do chwalenia innych Messner uznał Pana za jednego z najwybitniejszych. Wspinacze to indywidualiści lubiący chodzić swoimi ścieżkami. Jak kieruje się tak trudną grupą i jakich umiejętności trzeba było, by sobie z tym poradzić?
Pierwsze wyprawy na Noszak i na Shisparé wspominam bardzo dobrze, również pod względem pewnego komfortu, jaki miałem w kierowaniu grupami uczestników tych ekspedycji. To były bardzo zdyscyplinowane i sympatyczne ekipy, którymi nietrudno mi było kierować nawet w sytuacji, gdy sam dopiero zdobywałem doświadczenie kierownicze. Wyprawa na Noszak była zupełnie „bezawaryjna” i pod każdym względem udana. W pełnym 11-osobowym gronie przebywaliśmy ze sobą przez 3 miesiące w czasie podróży ciężarówką w obie strony i w górach. Nie byliśmy sobą zmęczeni i nie było żadnych niesnasek. Pozostaliśmy przyjaciółmi i snuliśmy plany na przyszłość. Z kolei wyprawa na Shisparé była znacznie trudniejsza, zarówno ze względu na cel – wysoki, dziewiczy i trudno dostępny szczyt, jak i międzynarodowy polsko-niemiecki skład, a także – dramatyczny przebieg. Cel wprawdzie został osiągnięty, ale w czasie wyprawy zdarzył się najpierw poważny wypadek, który wymagał zorganizowania własnymi siłami akcji ratowniczej, a później – już po zdobyciu szczytu – w lawinie poniósł śmierć szef grupy niemieckiej Heinz Borchers. Mimo to wyprawa zgodnie zakończyła działalność. Po powrocie świętowaliśmy sukces wraz z Niemcami w Monachium, a po 30 latach spotkaliśmy się w prawie kompletnym polskim gronie i wspominaliśmy pakistańskie i afgańskie przygody. W przypadku wyprawy na K2 w 1976 roku, sytuacja była odmienna. Miałem do czynienia z grupą czołowych polskich alpinistów, wybitnych indywidualności o dużych ambicjach i silnych osobowościach. Odpowiedzialność za podejmowane decyzje była duża, kierownik mógł być narażony na ostrą krytykę, jeśli nie na samej wyprawie, to po jej powrocie do kraju. Jeśli udało mi się ich skłonić do zgodnej współpracy to, jak mi się wydaje, dzięki temu, że starałem się nikogo nie wyróżniać. Ale nie wszystkim to się mogło podobać – niewątpliwie większe szanse na wierzchołek mają ci, którzy częściej są z przodu. A ja starałem się, by wszyscy mogli się wykazać, a wybór zespołu szturmowego był akceptowany przez większość. Wszyscy uczestnicy wyprawy mieli swój udział zarówno w wytyczaniu szlaku w dziewiczym jeszcze terenie, jak i w wyczerpującym transporcie. Do wyznaczenia dwójek szturmowych posłużyłem się ankietą przeprowadzoną wśród wszystkich uczestników. Pewnie jakieś błędy popełniłem... Gdyby wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem – zwycięzców się nie sądzi. A tak, na zebraniu Komisji Sportowej PZA stałem się obiektem ostrych ataków części jej członków, głównie tych, którzy na wyprawę się nie zakwalifikowali. W końcu wyszedłem obronną ręką, szczególnie, że Zarząd Związku zajął bardzo wyważone stanowisko.

            

Ponoć nie jest Pan entuzjastą zimowego himalaizmu. Biorąc pod uwagę nasze sukcesy, jest to na tyle ciekawa opinia, że poproszę o obszerne uzasadnienie.
Ano właśnie... Taka opinia się za mną wlecze i jest w niej sporo racji. Ale nie w 100% jest ona słuszna. Zacznijmy od tego, że ja bardzo wysoko cenię osiągnięcia w dziedzinie himalaizmu zimowego. Jednak zanim te osiągnięcia się pojawiły, sytuacja była zupełnie inna. Muszę nieco cofnąć się w czasie i przedstawić fakty, które nie wszystkim są znane. Wiosną 1972 roku zwrócono się do mnie z propozycją, żebym pokierował zimową wyprawą na Noszak, która miała się odbyć w najbliższym sezonie. Przypomnę, że wtedy już byłem kierownikiem wyprawy na Noszak, która wyruszała latem tego samego roku. Nie zastanawiałem się długo – nie miałem ochoty w krótkim odstępie czasowym jechać ponownie na ten sam szczyt. Ponadto, znając kłopoty poprzednich polskich wypraw z transportem bagażu w porze letniej: bezdroża, przeprawy w bród przez rzeki, wąskie, przepaściste drogi i grożące zawaleniem wątłe mostki, miałem wątpliwości, czy w zimie w ogóle uda się dotrzeć pod tę górę. Warunków, jakie panują zimą wysoko w górach, w ogóle nie brałem pod uwagę. Zresztą, nikt nie miał o tym żadnego pojęcia. Wówczas organizatorzy zaproponowali objęcie kierownictwa wyprawy Andrzejowi Zawadzie. Jak wiemy, zdobycie Noszaka było pierwszym polskim zimowym sukcesem w górach wysokich. Po Noszaku Zawada zapalił się do zimowego himalaizmu.

              

Od lata 1973 roku w Ministerstwie Turystyki Pakistanu rozpatrywana była jego aplikacja o wyprawę na K2 w 1974 roku, ale decyzji wciąż nie było. Może niesprawiedliwe byłoby stwierdzenie, że Andrzej zaniedbał sprawę K2. W każdym bądź razie decyzja o skierowaniu narodowej wyprawy na Lhotse oznaczała rezygnację z K2. Potwierdza to sytuacja, jaką zastałem w pakistańskim Ministerstwie Turystyki na początku czerwca 1974. Okazało się, że pozwolenie na K2 mogło być wydane, gdyby Polski Związek Alpinizmu odpowiedział w kwietniu tamtego roku na depeszę z polskiej Ambasady zawiadamiającą, że Pakistańczycy proszą o dosłanie dodatkowych dokumentów. Chodziło o dane kierowcy i ekipy filmowej. Ale organizatorzy nie zareagowali, i choć na własne oczy widziałem gotowe pozwolenie leżące na wierzchu w teczce z napisem „pilne do wysłania”, do wyprawy w 1974 roku już dojść nie mogło. Wyprawa Andrzeja Zawady na Lhotse nie była w pełni zimową. Zaczęła działalność jesienią (baza stanęła 21 października) i wskutek opóźnienia przesunęła się na początek zimy. Można się zastanawiać, czy gdyby Heinrichowi i Zawadzie powiódł się atak szczytowy w dniu 25 grudnia 1974 roku, wejście byłoby dziś uznawane za pierwsze w zimie? Przypomnijmy, że wejście Japończyków na Dhaulagiri, dokonane 13 grudnia 1982 roku, nie jest uważane za zimowe, gdyż swoją działalność powyżej bazy również zaczęli w sezonie jesiennym (oficjalny sezon zimowy w Nepalu trwa od początku grudnia do końca lutego). Wyprawa Zawady na Lhotse i moja na K2 w 1976 roku nie zakończyły się wejściami szczytowymi. Obydwaj mieliśmy „porachunki” i obydwaj dążyliśmy do ich wyrównania, z tym, że Zawada myślał już nie o Lhotse, ale o Evereście. Rywalizację o poprowadzenie kolejnej wyprawy narodowej wygrał Andrzej, i stąd zimowy Everest, a nie nowa droga na K2.

           
Wracając do zasadniczego pytania, mogę przede wszystkim powiedzieć, że bardziej mnie interesowało wytyczanie nowych dróg na ośmiotysięczniki, niż zdobywanie ich zimą. Moja ostatnia wyprawa (również na K2) miała miejsce w 1982 roku. A wtedy spośród najwyższych szczytów wciąż jeszcze tylko Everest był zdobyty zimą. Mój pogląd na wyprawy zimowe był i jest taki: zimą szanse na końcowy sukces w Himalajach czy Karakorum na ośmiotysięczniku są niewielkie. Wierzchołek można osiągnąć tylko w warunkach, które niewiele odbiegają od jesiennych, a takie zdarzają się rzadko. Spartańskie warunki bytowania – permanentne wichury i arktyczne temperatury – sprawiają, że ludzie się wykruszają. Chorują, odmrażają się, załamują się psychicznie. Wojtek Kurtyka kiedyś celnie nazwał himalaizm zimowy „sztuką cierpienia”. To nie mogło mi się podobać, ale być może idąc za modą i zmobilizowany sukcesami różnych wypraw, w drugiej połowie lat 80. dałem się namówić kolegom z Klubu Wysokogórskiego Warszawa na zorganizowanie zimowej wyprawy na Annapurnę. Zdobyliśmy nawet pozwolenie na wejście drogą pierwszych zdobywców – od północy – w sezonie zimowym 1986/87, ale później organizacja wyprawy się rozsypała, głównie ze względu na brak pieniędzy. Nasze pozwolenie, choć z problemami z uwagi na opóźnienie, przejął Jurek Kukuczka i jego wyprawa odniosła sukces. Wkrótce potem w ogóle straciłem zainteresowanie dla organizowania wypraw.

            

Nie mogę nie wykorzystać Pańskich wieloletnich obserwacji i poproszę o opis zmian, jakie zaszły w środowisku wspinaczkowym.
Może nie mam racji, ale wydaje mi się, że najważniejszą zmianą, jaką można zaobserwować w środowisku, jest jego dezintegracja. Co łączy dziś wspinacza sportowego, czy bulderowca, z alpinistą sensu stricto? Równie odległe od alpinizmu, przynajmniej w dzisiejszym polskim wydaniu, jest narciarstwo wysokogórskie. Może najbliższa klasycznemu wyobrażeniu o alpinizmie jest speleologia, ale też mam wątpliwości. Znając trochę „od kuchni” to zagadnienie, powiem, co łączy te dyscypliny: Polski Związek Alpinizmu, będący „na garnuszku” Ministerstwa Sportu. Co roku na jesieni odbywa się w gronie Zarządu PZA przeciąganie „krótkiej kołderki” dotacji Ministerstwa w jedną, czy w drugą stronę. A przecież tak być nie musi. Struktura organizacji sportowych w Polsce powinna odpowiadać strukturze międzynarodowej. Istnieją międzynarodowe federacje speleo (UIS), wspinaczki sportowej (IFSC) i ski-alpinizmu (ISMF). Nie powinno być przeszkód, żeby w Polsce powstały odpowiadające im związki. Słyszałem, że wspinacze sportowi byli temu niechętni. Może teraz zmienią zdanie, gdy rysuje się perspektywa włączenia ich dyscypliny do Igrzysk Olimpijskich? W tym roku odbędzie się Walny Zjazd Delegatów klubów – członków PZA. To dobre miejsce do przedyskutowania tych zagadnień.


Czy ma Pan jakieś spostrzeżenia co do tego, jak zmienia się postrzeganie wspinania przez społeczeństwo?
Powoli dociera do większości społeczeństwa, że jest jakiś sens w uprawianiu wspinaczki. Wyedukowali się również sami dziennikarze, bo w dużej mierze od nich zależy postrzeganie alpinizmu przez przeciętnego Kowalskiego. Już w mniejszym stopniu interesują ich wypadki, a bardziej same wspinaczki, szczególnie te zakończone sukcesem. Zresztą wypadków dziś jest zdecydowanie mniej niż kiedyś, nasz sport stał się znacznie bezpieczniejszy. W telewizji coraz częściej możemy zobaczyć filmy o wspinaniu. Idzie ku lepszemu, choć może jeszcze nie jest tak, jak byśmy chcieli.

          

Pojęcie czasu wolnego w Pana wykonaniu chyba nie ma zastosowania?
Niestety, na razie jest odwrotnie – choruję na nadmiar wolnego czasu. Nie mogę już chodzić po górach ani jeździć na nartach, gdyż mam wstawioną endoprotezę stawu biodrowego. Więc najlepiej się czuję, gdy mam czas tak zajęty, jak w czasie pisania cyklu książek „Polskie Himalaje” – w ciągu 8 miesięcy musiałem napisać ich sześć, na dodatek wybierać zdjęcia i współpracować przy filmach. Rysują się jakieś perspektywy na przyszłość, ale nie chcę uprzedzać faktów. Mogę tylko powiedzieć, że w planach jest wydawnictwo również dotyczące Himalajów i Karakorum. Ponadto Fundacja Wspierania Alpinizmu Polskiego im. Jerzego Kukuczki chce, żebym zajął się organizacją Archiwum Polskiego Alpinizmu. Ale ta sprawa również nie jest jeszcze sfinalizowana.

         

Na koniec artykułu może Pan podjąć się sformułowania rady dla młodszych wspinaczy?
Dla młodych wspinaczy mam podstawową radę: starajcie się być wszechstronni, nie omijajcie żadnej okazji do zdobycia nowych doświadczeń. Uważam, że naturalny rozwój alpinisty powinien przebiegać tak: najpierw ścianka (łącznie z zawodami we wspinaczce sportowej), następnie skały, potem Tatry, Alpy lub Kaukaz, wreszcie – góry wysokie. Jeśli ktoś wykazuje się wybitnym talentem w dziedzinie wspinaczki sportowej, może przy tej dyscyplinie zostać dłużej, ale w końcu powinien zapoznać się z górami. Jeśli ktoś ma problemy z aklimatyzacją w górach najwyższych – jest pole do popisu na nieco mniejszych wysokościach. Nie zaniedbujmy nart – narciarstwo wysokogórskie to też wspaniała przygoda, a zdobyte tam umiejętności przydają się również w klasycznym alpinizmie zimowym.

           

Co z perspektywy ponad 50 lat dało Panu wspinanie?
Nie wiem, jak wyglądałoby moje życie bez gór i wspinania... Z pewnością byłoby zdecydowanie uboższe, nawet zakładając, że poświęciwszy się bez reszty szermierce, odniósłbym w tym sporcie znacznie większe sukcesy. Potem zostałbym pewnie trenerem i działaczem szermierczym. Mimo pewnego niedosytu związanego m.in. z niezdobyciem K2, Makalu czy Manaslu, mogę w sumie być zadowolonym z ciekawego życia. A fakt, że wyszedłem cało z wielu niebezpiecznych sytuacji, tylko ubarwia moje wspomnienia.

            

              

Zapis rozmowy ukazał się w Magazynie „GÓRY” w maju 2010 roku.