DSC 9837m1

Laureaci Kolosów 2011: Paweł Kilen

Ilość wyświetleń: 7297 - Dodano: sobota, 31 marca 2012 22:05

Laureaci Kolosów 2011: Paweł Kilen

Historia niesamowitej, pięcioletniej podróży przez cztery kontynenty człowieka akcji, który w tym roku w Gdyni ostro "namieszał". – Dlaczego w ogóle wyjechałem? Po prostu, miałem już dość tego szarego śniegu topniejącego na ulicach Warszawy

Laureat Kolosa 2011 w kategorii „Podróże” ruszył w drogę dzień po Bożym Narodzeniu 2006 roku. Wrócił na Wigilię. 2011. Co wydarzyło się między świętami? Paweł Kilen:

     

Każdy marzy o podróżach, marzyłem również i ja. Pomysł był prosty. Jedziemy z Gosią (Małgorzatą Szepielow, moją ówczesną dziewczyną), w podróż dookoła świata. Jak najtaniej się da. Wiem, nic oryginalnego, sporo ludzi wpada na takie pomysły, niektórzy je też realizują, jak choćby sławni w środowisku podróżniczym Kinga i Chopin, laureaci Kolosa. Ale moja młodsza kuzynka i tak się nie mogła nadziwić: - Jak to? Spakował plecak i pojechał? – pytała.

     

Czy wiedziałem coś wcześniej o podróżowaniu? Teoretycznie bardzo dużo, bo studiowałem turystykę i rekreację, i mam nawet tytuł magistra w tej dziedzinie. W praktyce większości rzeczy uczyłem się dopiero w trasie. Na własnej skórze odczułem ból porażki i radość sukcesu. Dreszczyk emocji utrzymywał się dzięki temu nieustannie, a i satysfakcja z osiągniętych celów była tym większa. Ale po kolei.

      

Najpierw było ponad pół roku przygotowań: poszerzanie wiedzy podróżniczej, geograficznej itp., a przede wszystkim zarabianie pieniędzy. Dzięki swoim wcześniejszym doświadczeniom turystycznym, kajakowym i surwiwalowym, wiedziałem, co należy zabrać do plecaka, a bez czego można się obyć, ale już o tym, jakich ludzi możemy spotkać po drodze, czego się wystrzegać i - przede wszystkim - w jakim kierunku powinniśmy się udać, pojęcie miałem niewielkie.

      

Ruszyliśmy z Polski 27 grudnia 2006 roku. Owszem, mieliśmy dobre śpiwory, ale to jednak była zima. Uznaliśmy, że najpierw powinniśmy jak najszybciej dotrzeć do ciepłych krajów, a dopiero potem zastanowimy się, co dalej i gdzie tak naprawdę chcemy jechać.

      

{gallery}newsy/laureaci_2011/kilen/gal1{/gallery}

     

Z listy potencjalnie ciepłych krajów wybraliśmy Turcję. Wyszło tak sobie, bo we wschodniej części kraju musieliśmy spać w namiocie przy -20° C, ale za to autostop był bajecznie łatwy, a ludzie super gościnni. Zabytków też nie brakowało. Krótko mówiąc, Turcja nas oczarowała.

      

Iran podobnie, z tą różnicą, że ludzie byli jeszcze gościnniejsi, a zabytki architektury (zwłaszcza Szirazu i Esfahanu) jeszcze bardziej imponujące.

     

Zdarzały się też pierwsze wpadki: brak tureckiej pieczątki wjazdowej w paszporcie, który nie ułatwił wyjazdu z tego kraju, czy całkiem mylne założenie, że karty Visa oraz Mastercard pozwalają na wypłacanie pieniędzy na całym świecie. Nie w Iranie.

      

W Pakistanie z kolei najpierw byłem podejrzewany o szpiegostwo, a następnie przez pięć dni ostro przecierałem szlak do bazy pod Nanga Parbat. Zbyt optymistycznie założyłem, że w kwietniu nie będzie już tam śniegu. Był. Metrowy.

     

Indie: albo je kochasz, albo nienawidzisz. Dróg na skróty nie ma. Więc właśnie w Indiach rozstaliśmy się z Gośką. Inne priorytety, inny styl. Zostałem sam. Mój kolega, żeby mnie pocieszyć, napisał: „Dopiero teraz zaczyna się zabawa”. Wziąłem sobie to do serca i na pierwszy plac zabaw wybrałem Himalaje. Spędziłem na nim 3,5 miesiąca.

      

Po wcześniejszych rozgrzewkach w Uttarakhand pod Nanda Devi East oraz w Nepalu (wokół Annapurny), wróciłem do indyjskich Himalajów i pojechałem prosto w Ladakh i Zanskar. Prawie wyłącznie pieszo przedostałem się z miejscowości Batal w Himachal Pradesh do Leh w Ladakhu. (300 km w 17 dni), poznając po drodze piękno i kulturę Tybetu, zachowywane w wolnych Indiach. Nie pogardziłem też możliwością wejścia na kilka sześciotysięczników. Moim łupem padły Stok Kangri (6125 m), Golep Kangri (5995 m) oraz - prawie do samego szczytu - Kang Yaze (6400 m).

     

Powrót do Manali był równie ciekawy. Przyszło mi podążać mało uczęszczanymi szlakami i przełęczami (Charchar La, Paota La) oraz wzdłuż długiego na 15 km lodowca Kanthang aż do Udipur, skąd górzystymi drogami wydostałem się autostopem na niziny.

     

Po spotkaniu z moją wiecznie tęskniącą mamą, miałem już dość podróży po Indiach i wielki głód czegoś nowego. Ale jakoś tak się złożyło, że na mojej drodze znalazło się Varanasi. Bardzo szlachetne, a nawet święte miasto hinduskie, położone nad jeszcze bardziej świętą rzeką Ganges.

     

To tam wpadł mi do głowy ten pomysł.

     

Ponieważ autostop w Indiach, to mordęga, pomyślałem: - A może by tak spłynąć do Kalkuty rzeką? To cóż, że jest święta?

     

Cały plan stopniowo układał mi się w głowie. Okazało się, że zorganizowanie lokalnej łódki nie stanowi wielkiego problemu, więc po kilku dniach przygotowań odbiłem od brzegu, machając na do widzenia niedowierzającym w to, co widzą, Hindusom.

     

Spływ okazał się prawdziwą lekcją pokory, strachu, ale i wielkim triumfem. Pierwszy raz grożono mi bronią, pierwszy raz mijałem ludzkie zwłoki unoszące się na wodzie, pierwszy raz wściekałem się na siebie za swoją nadgorliwość.

     

Po 24 dniach i ponad tysiącu kilometrów spędzonych na rzece dotarłem do Kalkuty. A tam, ku mojemu zaskoczeniu, wszystkie trudy tego dziwnego rejsu zostały mi sowicie wynagrodzone dzięki życzliwości dobrych ludzi. Członkowie Rotary Club of Calcutta zafundowali mi bilet lotniczy do Bangkoku, co pozwoliło mi zaoszczędzić trochę pieniędzy i dodać jeszcze jedną historię do mojego bagażu z opowieściami.

      

No i przede wszystkim znalazłem się w południowo-wschodniej Azji, gdzie czekało mnie odrobienie kolejnych lekcji pokory, tym razem w dżungli. Na dobry początek na pięknej wyspie Ko Tarutaro, a następnie w górach północnej Tajlandii.

      

W biednym, krytym strzechą Laosie spędziłem dwa miesiące. Gdy pytałem o drogę, miejscowi rysowali mi ją na ziemi maczetą. Jadłem to, co oni, i spałem w ich kurnych chatach. Dowiedziałem się, jak smakuje zupa ze szczura, wędzony jeleń i robak o bardzo aromatycznym zapachu podawany „na żywo”. Byłem też na laotańskim weselu i na festiwalu słoni.

     

A potem w Chinach. Kraj jest olbrzymi, a jego mieszkańcy mają pełne prawo być dumni z postępu, jaki udało im się osiągnąć. Najbardziej utkwiły mi w pamięci region krajobrazowy Wulingyuan, góry Ałtaj oraz prowincje Xinjiang i Qinghai.

     

W Mongolii natomiast nic nie jest łatwe. Przez cały spędzony tam miesiąc bardzo chciałem się umyć, ale – jak na złość! – się nie dało. Za to w samochodach ludzie nucą tam melodię z „Czterech pancernych i psa”. I kto by pomyślał?

    

By się odświeżyć, wróciłem do Chin, i dalej przemierzałem kolejne tysiące kilometrów autostopem. Zwiedzałem Wietnam, zwiedzałem Kambodżę i znów podszkalałem się w pokorze. Spływając Serung Sen, dopływem Mekongu, padłem ofiarą tropikalnej gorączki i buńczuczne zdobywanie rzeki błyskawicznie zamieniło się w mało bohaterski dryf ku cywilizacji.

      

Gdy już doszedłem do siebie, znowu zacząłem się włóczyć: po Tajlandii, Malezji i Indonezji, a zahaczyłem też o Singapur. Malezyjskie dżungle kusiły, a indonezyjskie wulkany dały łupnia. Wspiąłem się na Gunung Chamah w malezyjskich Cameron Highlands oraz na indonezyjskie Sinabung i Kirinci (Semeru w porze deszczowej mnie pokonała, a z Bromo i otaczających ją tłumów turystów sam zrezygnowałem).

     

{gallery}newsy/laureaci_2011/kilen/gal2{/gallery}

      

Wszystko pięknie, ale przyszedł moment, że trzeba było rozejrzeć się za robotą, bo pieniędzy nie przybywało. Poleciałem do Australii i chociaż o pracę nie było łatwo, w końcu udało mi się ją znaleźć przy remoncie domu w zachodniej części kontynentu.

    

Rzecz jasna podczas tego – jak to nazywam – „odpoczynku”, zaczęły mi krążyć po głowie różne dziwne koncepcje, a z jednej z nich urodził się całkiem konkretny pomysł: trawers Borneo.

    

Plan był ambitny, a realizowanie go w pojedynkę mogło mnie kosztować najwyższą cenę. Na szczęście przeżyłem, przeżywając też przy okazji przygodę życia.

    

Przedzieranie się w górę rzeki Kapuas na Borneo przypomniało mi najgorsze odcinki „Drawy szkoleniowej” – treningu kajakowego, który przeszedłem kilka lat wcześniej w Polsce. A potem był wyczerpujący i pełen tropikalnych wrażeń tygodniowy marsz przez dżunglę, z wykorzystaniem wyłącznie instynktu i informacji zdobytych od mieszkających w terenie Dajaków.

     

    

Po zejściu na drugą stronę Muller Range posłużyłem się co prawda komercyjnym transportem rzecznym, by pokonać najgorsze katarakty, ale potem zbudowałem już własną tratwę z bambusa i spłynąłem ok. 300 km od Long Bagung do Long Iram.

    

Po zakończeniu tego etapu, dla równowagi, dokonałem komercyjnego wejścia na Mt. Kinabalu (4095 m), a następnie złapałem jachtostopa.

    

Jako załogant, wraz ze starszym małżeństwem płynąłem na katamaranie „Hybearsail” przez Archipelag Malajski, północnymi rubieżami Papui-Nowej Gwinei i, przecinając Morze Koralowe, dotarłem do Cairns w Australii, gdzie znów musiałem rozejrzeć się za pracą. Tym razem trafiła się w pobliżu Byron Bay i również w budownictwie.
     
Maksymalnie wykorzystałem szanse zarobku i czas mojej turystycznej wizy, a następnie poleciałem do Nowej Zelandii. Tam też przez cztery miesiące pracowałem, a przez kolejne półtora włóczyłem się po pięknych zakątkach Wyspy Południowej, snując już plany ostatniego etapu mojej włóczęgi, czyli przejazdu rowerem przez Afrykę.

    

Najpierw jednak spotkałem się z wiecznie tęskniącą za mną mamą w Malezji i jeszcze raz – na krótko, „bo coś zobaczyć trzeba” – wróciłem do Australii.

     

To prawda, że zawsze starałem się, jak tylko mogłem, pomagać swojemu szczęściu, ale czegoś takiego mimo wszystko się nie spodziewałem. W Darwin zostałem zaproszony jako załogant na piękny, 25-metrowy jacht „Tamasha”. Kurs: do samego Richards Bay w RPA!

    

Czyli Afryka.

     

{gallery}newsy/laureaci_2011/kilen/gal3{/gallery}

      

Zaczęło się od tego, że w Kapsztadzie odebrałem swój wysłużony, dziesięcioletni rower, który rodzina przysłała mi z Polski. Nie siedziałem na nim (ani na żadnym innym rowerze) od czterech lat. Moja wiedza techniczna była bardzo powierzchowna, ale coś tam udało mi się w nim poprawić, zaopatrzyłem się w prowizoryczne sakwy i ruszyłem w drogę do domu.

     

Przez pierwsze kilometry wszystko mnie bolało, ale dzisiaj nie ma już dla mnie innego sposobu na zwiedzanie świata niż rower.

     

A sama Afryka ostro dała mi w kość. Musiałem nauczyć się naprawiać wszystko w moim rowerze, który nie był najwyższej klasy i przysparzał wielu problemów. Do tego duże dystanse, brak dobrej wody pitnej, nie najlepsze i czasem kosztowne jedzenie, szokujący stan dróg lub całkowity ich brak. W Demokratycznej Republice Konga przejechałem 1000 km ze skrzywionym przednim widelcem oraz śrubą zamiast pedału.

     

No i choroby: sześciokrotnie przechodziłem malarię, a w Kamerunie na tydzień trafiłem do szpitala z 40-stopniową gorączką. Lekarze odradzali mi kontynuowanie podroży rowerem, to samo mówiła polska pani konsul. Ale ja uparłem się, by jechać dalej, chociaż naprawdę byłem już mocno zmęczony i chciałem wreszcie wrócić do domu.

      

Pod wiatr przez Saharę Zachodnią i przez zimową Europę jechałem, walcząc z czasem, by na święta zdążyć do Warszawy. Odkąd tylko przekroczyłem granicę Polski, uśmiech nie schodził mi z twarzy. Do domu dotarłem na Wigilię. Rodzina, mocno już powiększona, zorganizowała mi niesamowite powitanie.

     

Gdy mówię o swojej podróży, czasem ktoś pyta mnie: - Jak to zrobiłeś?! Odpowiadam na to bardzo krótko: - Chcieć to móc. Ja chciałem.

     

[Paweł Kilen]

     

 

     

Oprócz tego, że otrzymał Kolosa 2011 w kategorii "Podróże", Paweł Kilen ma prawo czuć się również laureatem Nagrody Specjalnej Kolosów 2011, bowiem w trakcie swojej rowerowej przeprawy przez Afrykę wziął udział w dwóch etapach Sztafety "Afryka Nowaka".

     

Zobacz także: rozmowa z Pawłem Kilenem w Gdyni, 11 marca 2012 r.

    

Rozmawia: Piotr Tomza | Zdjęcia i realizacja: Antoni Sturzbecher | Grafika: Marek Derfla

     

[pt]