DSC 9837m1

Filozofia pozytywnego podróżowania

Ilość wyświetleń: 50203 - Dodano: piątek, 03 lutego 2012 00:36

Filozofia pozytywnego podróżowania


Kto ich poznał, choćby przelotnie, nie mógł ich nie zapamiętać. Szczególnie Jarka. Dusza każdego towarzystwa, w którym się znalazł, zawsze roześmiany od ucha do ucha, dzięki swojej otwartości i pozytywnemu nastawieniu do życia potrafił przełamać niejedną barierę – kulturową, językową, wiekową. A do tego był świetnym, doświadczonym kajakarzem. Tak jak i Celina


Taka scena: on gra na akordeonie, ona śpiewa, pełna sala. Chwilę potem on i ona na przemian opowiadają, pokazują zdjęcia, a publiczność raz po raz wybucha śmiechem. Jest marzec roku 2011. Jarosław Frąckiewicz prowadzi na Kolosach seminarium „Podróże trzeciego wieku”, towarzyszy mu jego żona Celina Mróz. Czują się w tych rolach niemal tak dobrze, jakby płynęli swoim składanym kajakiem po rzece. To nie przypadek, że Jarosław Frąckiewicz był jedyną osobą, która aż trzykrotnie została nagrodzona przez publiczność Kolosów za najciekawszą prezentację imprezy (oprócz niego nikt nie został wyróżniony w ten sposób choćby dwukrotnie). I nie chodziło wcale o to, że miał perfekcyjne zdjęcia czy brawurowo zmontowane filmy. Ludzie po prostu uwielbiali go słuchać. Bo siwobrody, lekko „szalony” kajakarz wprost zarażał swoją niespożytą energią, ciepłem i bezpośrednim poczuciem humoru. Tak on jak i jego żona nie epatowali opowieściami o tym, jak bardzo na wyprawie było im ciężko, ani nie nadużywali przymiotników w rodzaju „ekstremalny”. Zamiast tego dzielili się radością, jaką daje im podróżowanie. Miało być wesoło, nieszablonowo i pozytywnie.


  

Choć oczywiście liczy się nie tylko forma. Jakby nie było Frąckiewicz naprawdę miał o czym opowiadać. On, doktor filozofii, emerytowany wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego, ona emerytowana inżynier budownictwa wodnego, wspólnie pływali kajakami od ponad 20 lat. W tureckiej Anatolii byli prawdziwą sensacją, bo rzeką Kizilirmak nikomu nie przychodzi do głowy wiosłować. W Egipcie na Nil pewnie znalazłoby się więcej chętnych, ale pływanie po tej ogromnej rzece kajakiem jest nielegalne. Celina i Jarek jednak nie po to wybrali się do Asuanu, by wsiąść tam na turystyczny statek, tym bardziej, że przecież wodowanie kajaka o świcie może przysporzyć więcej emocji. Z kolei w Indiach przyszło im się przekonać, że mapy mylą. Pływali także wspaniałymi szlakami kajakowymi Kanady, Hiszpanii, Portugalii, Francji oraz Bałkanów. A to tylko niektóre wyprawy, te które odbyli razem. Sam Frąckiewicz miał ponadto w dorobku także kajakowe ekspedycje na Morze Marmara, Morze Egejskie czy na Syberię (w Ałtaj). Bo Jarek, tak w ogóle, był nie do zdarcia. Dosłownie.


   
W środowisku kajakowym, szczególnie wśród licznych zwolenników zimowego spływania Brdą, znana jest anegdota o śmiałku, który wskutek wywrotki na słynnej (jednej z najstarszych w Polsce) zaporze w Mylofie zdarł sobie na stopniach betonowej bariery blisko jedną trzecią powierzchni skóry, a mimo to nie zrezygnował z dalszego spływu. Cały w bandażach (ale i z uśmiechem na twarzy) ponownie wsiadł do kajaka i – chociaż była zima oraz nie bardzo miał na czym siedzieć (wśród części ciała obdartych ze skóry znalazły się niestety również pośladki) – z powodzeniem dopłynął do mety. Tym śmiałkiem był rzecz jasna Jarek Frąckiewicz.


   
Nie powinno już zatem dziwić, że, mówiąc o mężu Celiny Mróz, mówimy również o człowieku, który w późnych latach sześćdziesiątych (i to swoich, nie XX wieku) bardzo aktywnie działał w gdańskim klubie „morsów” i nie wyobrażał sobie uczczenia każdego kolejnego Nowego Roku inaczej niż kąpielą w lodowatej wodzie.


   

Celina i Jarek, oprócz tego, że realizowali pasję kajakową, byli także wielkimi miłośnikami muzyki. W końcu ten akordeon i zaimprowizowany koncert podczas Kolosów nie wzięły się znikąd. Frąckiewicz, multiinstrumentalista, a przy tym znakomity organizator o niespożytej energii „zarażał” również i w tej dziedzinie. Był siłą sprawczą nieformalnej „grupy towarzysko-turystyczno-tanecznej”, działającej w Trójmieście, zrzeszającej „dobre roczniki” i – przez robienie wokół siebie pozytywnego szumu – pełniącej trudną do przecenienia rolę motywującą, polegającą na udowadnianiu, że można żyć aktywnie oraz ciekawie pomimo siedemdziesiątki na karku.


   

Właśnie za tę niezwykłą żywotność, pomysłowość i pozytywny wpływ na środowisko podróżnicze Jarosław Frąckiewicz został w tym roku uhonorowany Nagrodą specjalną Kolosów. Kapituła doceniła – jak czytamy w uzasadnieniu werdyktu - jego długoletnią, niestrudzoną aktywność na wielu polach i realizację ambitnych przedsięwzięć podróżniczych, szczególnie kajakowych, oraz zarażanie innych swoim optymizmem, pogodą ducha i poczuciem humoru. Co więcej dodać? To właśnie dzięki stałej obecności na Kolosach takich ludzi jak Jarek oraz Celina udało się stworzyć na tej imprezie wyjątkową, przyciągającą wciąż nowe osoby, atmosferę.


   

Niestety, Celina Mróz i Jarek Frąckiewicz nie przyjadą już więcej na Kolosy i nie opowiedzą o swojej ostatniej wyprawie.


   

27 maja 2011 roku wieczorem zginęli zamordowani na rzece Ukajali w Peru jeden dzień drogi kajakiem od miejscowości Atalaya, nieopodal osady Aririka. Zaledwie miesiąc od chwili, gdy 26 kwietnia wsiedli w Gdańsku do samolotu, którym wyruszyli w podróż do Limy. W bagażu mieli ze sobą jasnozielony składany kajak z wymalowanym na nim herbem Gdańska. Dokładnie taki sam jak tamten, który stracili rok wcześniej w Indiach. W trakcie jednego z biwaków podczas eskapady na Jamunę i Ganges nagła i niespodziewana wichura bezpowrotnie porwała ich wysłużony składak. Celina powiedziała wtedy Jarkowi, żeby się nie martwił, i obiecała, że kupi mu nowy. Słowa dotrzymała.


   

Jak zwykle, tak i przed podróżą do Ameryki Południowej, byli pełni entuzjazmu.


   

Jarek, znakomity logistyk, o czym wiedzą ci, którzy brali udział w licznych spływach, rajdach oraz bliższych i dalszych wycieczkach, jakie niestrudzenie i od lat organizował, przygotował ciekawy i ambitny plan wiosennej ekspedycji: począwszy od zwiedzania Cuzco i okolic, przez spływ rzeką Urubambą, m.in. kanionem Pongo de Mainique, w którym Werner Herzog nakręcił „Fitzcarraldo”, aż wreszcie przemierzenie odcinka 600 km z miejscowości Atalaya do Pucallpa po wodach Ukajali. Chciał razem z Celiną posłuchać śpiewu ryb, rozsławionego książką Fiedlera.


   

Początkowo wszystko szło zgodnie z założeniami, jeśli nie liczyć drobnych korekt trasy wykonywanych ze względu na bezpieczeństwo. 12 maja na przełęczy Quillabamba tak pisali na swoim blogu „Składakiem przez świat”:


   

Wzdłuż prawego brzegu Urubamby dróżka: pusto, jest gdzie spokojnie kajak złożyć i zejść na wodę. Woda szara – jaka ziemia, taki kolor rzeki. Pędzi od szypotu do szypotu, ale między bystrzami łatwo rozpoznaje się czytelne przejścia. Taki większy nasz Dunajec. Niby dobrze, ale Celinka ma pietra. [Dobre sobie: rzeka pędzi jak szalona, cała w bystrzach, mówią nam, że do Pongo de Mainique ma do czwartego stopnia trudności – odrębne zdanie Celinki]. Krakowskim targiem uzgadniamy, że zjeżdżamy kilkadziesiąt kilometrów niżej, do Ivochote.


   

W kolejnych sprawozdaniach z wyprawy często wyrażali swoje zdziwienie obojętnymi reakcjami spotykanych po drodze Indian na ich pojawienie się w kajaku na rzece. Rdzenni mieszkańcy brzegów Urubamby zazwyczaj nie chcieli nawiązywać z Celiną i Jarkiem żadnych kontaktów, często udawali wręcz, że ich nie widzą, kilkakrotnie jednak – i to akurat wtedy, gdy było to najbardziej potrzebne – okazali im pomoc. Pomogli odnaleźć im nieopatrznie pozostawioną na plaży torbę z wózkiem, przeprowadzili ich też motorową pirogą przez najtrudniejszy odcinek Urubamby, gdzie jej nurt, w ujściu do Ukajali jest bardzo silny.


   

Bez Indian trudno jest na Urubambie.


   

napisali 26 maja, dzień po tym, gdy dotarli do Atalaya, i tuż przed rozpoczęciem spływu na Ukajali. Mieli wpłynąć w obszar, w którym nie ma dróg, by się ewakuować, bo rzeka płynie przez dżunglę, trudno też znaleźć łączność.


   

21 czerwca, gdy Celina i Jarek nie wrócili do Polski zarezerwowanym lotem, rodzina zgłosiła ich zaginięcie peruwiańskiej policji i ambasadzie polskiej w Limie. Przyjaciele trójmiejskich podróżników, wśród nich wielu związanych z Kolosami, rozpoczęli też działania zmierzające do zorganizowania akcji poszukiwawczej w Peru. Dzięki hojności polskiego środowiska podróżniczego udało się zebrać pieniądze na jej przeprowadzenie. Poszukiwania powierzono Tomaszowi Surdelowi, dobrze znającemu południowoamerykańskie realia. Wsparcia przedsięwzięciu udzielili też Piotr Chmieliński i Andrzej Piętowski, odkrywcy kanionu rzeki Colca w roku 1981, dysponujący licznymi kontaktami w Peru.


   

Wtedy wszyscy mieli jeszcze nadzieję, że Celina i Jarek żyją. Że zaginęli, ale będzie się ich dało odnaleźć. Niestety, na początku lipca okazało się, że stało się najgorsze.


   

Przebieg wydarzeń, który udało się z dużą dozą prawdopodobieństwa ustalić (miejscowe policja i prokuratura nadal prowadzą śledztwo), wskazuje na to, że Celina i Jarek – wbrew temu, co wyrokowali niektórzy, nie mając dostatecznej wiedzy o całej sprawie – nie popełnili żadnego błędu, byli ostrożni i niczym nie sprowokowali tragicznych dla nich wydarzeń. Trafili na bandytów. A ci, żeby ich obrabować, nie cofnęli się przed niczym.


   

27 maja wieczorem Polacy nie zdążyli nawet rozbić obozu nad rzeką. Zostali zamordowani w kajaku, a strzały do nich oddano z łodzi. Jak relacjonował Tomasz Surdel, który był przy pierwszym przesłuchaniu podejrzanych o zabójstwo Celiny i Jarka oraz uczestniczył w wizji lokalnej: „Zwrócono na nich uwagę, gdy przepływali obok wioski. Potem była dyskusja, czy ich zabijać, czy nie. Gdy zapadła decyzja, by to zrobić, mordercy wsiedli do łódki i zaczęli ich gonić. Miejsce zbrodni potwierdził świadek, który w kilka minut po usłyszeniu strzałów widział sprawców opóźniających kajak (on sam płynął w górę rzeki).”


Prawdopodobnego zabójcę ujęła indiańska milicja ze wspólnoty Tahuarapa. Okazał się nim 40-letni mężczyzna, mieszkaniec osady Aririka. Przed policją i prokuratorem, którzy przybyli na miejsce w asyście peruwiańskiej marynarki wojennej, przyznał się, że to on zabił Jarka, Celinę zaś, jak zeznał, zamordował jego siostrzeniec. Strzelali ze strzelby, z bliskiej odległości. Ani on, ani jego krewny nie byli pijani.


   

Kilka dni po zatrzymaniu morderców Indianie Ashéninka i Asháninka, zgromadzeni na odbywającym się akurat w Atalaya kongresie przedstawicieli rdzennej ludności zamieszkującej peruwiańską Amazonię, oficjalnie potępili winnych śmierci Celiny i Jarka oraz skierowali publiczne przeprosiny do rodzin i bliskich kajakarzy. „Czujemy się zawstydzeni, prosimy o wybaczenie krewnych i przepraszamy społeczeństwo polskie i europejskie. Tak jak potępiamy ten czyn, tak zobowiązujemy się do współpracy do czasu jego wyjaśnienia oraz wzywamy do zastosowania sankcji przewidzianych w prawie wobec osób, które okażą się winne tego czynu” – napisali w oświadczeniu.


   

[pt]




Czytaj także: Kulisy poszukiwań polskich kajakarzy