winietax

Prowadził ją los

Ilość wyświetleń: 71161 - Dodano: sobota, 04 lutego 2012 09:57

Prowadził ją los

Życie tu i teraz, najlepiej jak się tylko da, bez wieszania poprzeczki zbyt wysoko, jest życiem szczęśliwego człowieka

[Kinga Choszcz]

    

“Ciężko znaleźć stopowiczów w dzisiejszych czasach, szczególnie dobrych”. Jeśli mówi ci to ktoś, kto właśnie podrzucił cię łodzią 2000 km z Chicago nad Zatokę Meksykańską, to znaczy, że nie rzuca słów na wiatr. Niewielu doświadczyło takiego uznania. A Kinga tak. Na szacunek i podziw zasłużyła sobie jednak nie tylko tym, że potrafiła tanio i skutecznie podróżować. Ona się nie bała. Ale nie tak po prostu, że nie odczuwała strachu. Kinga nie bała się marzyć i nie bała się pozwolić marzeniom, by się spełniały. Mało kto ma tyle odwagi.

   

Kiedy Kinga miała zaledwie roczek, rodzice zabrali ją w objazd autostopem po Polsce. Pasję podróżowania niemal dosłownie wyssała więc z mlekiem matki. Gdy dorosła, nie mogła usiedzieć w rodzinnym Gdańsku. Zabrała się za poznawanie kraju i Europy. Jeździła, ale wciąż było jej mało. Marzyła o czymś więcej. Ulubionym środkiem lokomocji Kingi, nauczycielki angielskiego i weganki, stał się rower. Została polską koordynatorką Wielkiego Milenijnego Rowerowego Rajdu Pokoju, który wystartował 6 sierpnia 1998 roku, w rocznicę zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Miała wziąć w nim udział i wyruszyć rowerem w podróż dookoła świata. Ale prowadził ją los.

   

Prowadził ich los. Na kilka miesięcy przed startem Rajdu poznała “Chopina”, Radosława Siudę. On, wegetarianin i elektryk, szykował się właśnie do rozpoczęcia swojej samotnej pieszej wędrówki. Obojgu nic z własnych planów nie wyszło. Wyruszyli razem. W świat. Autostopem. Nie mieli już planu, tylko chęć podróżowania i odwagę, by realizować marzenia. “Im mniej planów, tym bardziej interesująco”.

   

Za zaoszczędzone pieniądze kupili bilety do Nowego Jorku. Na lotnisku Kennedy’ego wylądowali 7 października 1998 roku. Do Polski Kinga wróciła 5 września 2003 roku. Trudno byłoby wymienić wszystkie środki transportu, jakimi przez te pięć lat się przemieszczali: samochody osobowe, ogromne trucki, łodzie, jacht, pociągi, rower, samolot (nie tylko loty rejsowe, jak z Santiago de Chile do Auckland w Nowej Zelandii, także łapane “na stopa”, a nawet samodzielnie sterowane, jak ten na Alasce), lotnia. Coś jeszcze? Na pewno. Ale nie chodziło przecież o ilość.

   

W swoim dzienniku z podróży Kinga napisała:

   

Czas jak zwykle pędzi do przodu, chociaż gdy się podróżuje, to jakoś inaczej. Nie odmierza się czasu od weekendu do weekendu, czy do końca semestru, albo do świąt. Tu każdy dzień jest wolny, każdy dzień jest świętem, każdy jest inny.

   

Ruszając w drogę Kinga i Chopin nie mieli wytyczonej trasy, “grali ze słuchu” dając się ponieść wiatrowi, zasłyszanej opowieści czy wskazówkom sympatycznego kierowcy, który ich podwiózł. Ich celem nie było konkretne miejsce, ale podróż, w postaci najczystszej z możliwych.

   

Rano nie wiedzieli, gdzie będą wieczorem, gdzie będą spali, co się wydarzy. Byli otwarci na świat i to, co przyniesie im los. Nocowali pod gołym niebie, w niewielkim namiocie, w gościnie u poznanych w podróży dobrych ludzi czy u hostów organizacji Servas, zawsze chętnie goszczących podróżników pod swoim dachem. Ich przewodnikami nie były książki, ale spotkani po drodze ludzie. Z Nowego Jorku pojechali nad Wodospady Niagara, potem dalej przez Kanadę, gdzie łapali “stopa” przy dwudziestostopniowym mrozie, na Alaskę i do Kalifornii. Tu zatrzymali się na kilka miesięcy, by zarobić na dalszą wędrówkę – pieniądze zaoszczędzone w Polsce nie mogły wystarczyć na zbyt długo. Kinga pracowała w kawiarni, Chopin przed komputerem – w ciągu całej swojej podróży obalali mit, że podróżować mogą tylko ludzie bogaci. Oni tacy nie byli, a jednak – dało się. Nie wydawali zwykle więcej niż 5 USD na dobę, pracowali nie tylko w Kalifornii, ale też na Nowej Zelandii przy zbiorze Kiwi czy na Tajwanie, ucząc przedszkolaków angielskiego. Dało się.

   

Z zachodniego wybrzeża ruszyli w głąb kontynentu amerykańskiego, spłynęli “rzekostopem” znad Wielkich Jezior do Nowego Orleanu, potem ruszyli na Florydę i znowu na zachód – przez Teksas, Arizonę, Nowy Meksyk i jeszcze raz Kalifornię do Meksyku. A dalej były już Belize, Gwatemala, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka i Panama. Potem na statku przemytników do Kolumbii i znowu: Wenezuela, Brazylia, Paragwaj, Boliwia, Peru, Ekwador, znowu Peru, Chile, Argentyna, Urugwaj, a w końcu lot z Santiago na Nową Zelandię. Niestety, nie udało się złapać “stopa”, ani znaleźć zatrudnienia na statku płynącym na Antarktydę.

   

Z Nowej Zelandii “jachtostop” do Vanuatu, a potem do Australii i długa włóczęga po tym wielkim, choć najmniejszym z kontynentów. Kolejne niezaplanowane etapy to Brunei, Tajwan, Okinawa, Japonia, Sachalin (pijany kapitan w geście słowiańskiej gościnności lekką ręką odstąpił im swoją kajutę), Rosja, Chiny, Wietnam, Kambodża, Tajlandia, Malezja, Singapur, Laos, Tybet, Nepal, Indie, Pakistan, Kirgistan, Uzbekistan, Turkmenistan, Azerbejdżan, Gruzja, Ukraina i... zbliżała się jesień 2003 roku.

   

Długa wyliczanka. Ale ma tylko kronikarski sens, bo im nie chodziło przecież o zaliczanie kolejnych krajów - nie po to się podróżuje, jeśli robi się to naprawdę, tak jak Kinga i Chopin.

   

W Azji kilkakrotnie się rozdzielili. Chopin medytował w buddyjskim klasztorze, gdy ona łapała “stopa” na bezdrożach Laosu, on dłużej zabawił w Indiach, gdy Kinga ruszyła do Uzbekistanu, by tam spotkać się po kilku latach ze swoją mamą. Mieli znowu połączyć swoje siły i ruszać dalej, ale Chopin ciężko zachorował w Pakistanie i musiał wracać do Polski. Kinga dokończyła podróż za nich oboje. 5 września 2003 roku przekroczyła granicę ukraińsko-polską:

   

Wysiadam więc na polskiej ziemi i pierwsza osoba, z którą tu rozmawiam, to... autostopowicz, który też czeka na tej samej trasie. Klasyczny, młody podróżnik, z kapeluszem i gitarą. Rozmawiamy chwilę, pytam jak się stopuje, a on mówi:

- Nie zgadniesz skąd właśnie wracam. Z Hiszpanii!
- A ty nie zgadniesz skąd ja właśnie wracam... - odpowiadam.

   

{gallery}sylwetki/kinga_ch{/gallery} 

    

     

    

   

   

    

    

     

     

     

Po pięciu latach wspaniałej podróży Kinga nie miała wcale dosyć. Dwa dni po powrocie napisała w swoim dzienniku:

   

Wiem, że dla mnie to jeszcze nie koniec podróży. Został jeszcze jeden, ostatni, olbrzymi, być może najtrudniejszy kontynent - Afryka. Tyle wiem. Nie wiem jeszcze natomiast, kiedy dokładnie, jak, oraz najważniejsze - czy razem, czy sama... Ale... wszystko w swoim czasie.

   

I w końcu ten czas nadszedł. W ciągu dwóch lat wraz z Chopinem napisała polską i angielską wersję książki “Prowadził nas los”, podróżowała trochę po Europie i myślała o Afryce. Jesienią 2005 roku nie mogła już dłużej czekać. Ruszyła tym razem sama, Chopin znalazł swoje miejsce w Centrum Buddyjskim. Pomógł jej przygotować się do podróży, spędził z nią jej ostatnie dni w Polsce i odwiózł na drogę, gdzie złapała swojego kolejnego “stopa”.

    

Kinga znowu nie planowała, jechała przed siebie, najpierw przez Europę, by wreszcie znaleźć się w Afryce. Maroko, Mauretania, Mali, Burkina Faso, Niger, znowu Mali, Gambia, Senegal, Gwinea Bissau, Gwinea, Sierra Leone, Liberia, Wybrzeże Kości Słoniowej. Kolejne zatrzymane pojazdy, kolejne przejechane kilometry, kolejna podróż. Tym razem ostatnia.

   

Będąc w Afryce Kinga dużo czasu spędzała z dziećmi. Organizowała dla nich warsztaty i konkursy rysowania. W Wybrzeżu Kości Słoniowej udało jej się uratować 11-letnią dziewczynkę, ofiarę handlu dziećmi do pracy na plantacjach. Zabrała ją do jej rodzinnego kraju, Ghany. Pomagała innym, jednak jej nikt nie był w stanie pomóc, gdy zapadła na wyjątkowo ciężką odmianę malarii – malarię mózgową. Pomimo dobrej opieki szpitalnej i okazanej przez wielu ludzi wsparcia, choroba okazała się dla niej zabójcza.

   

9 czerwca 2006 roku Kinga zmarła w szpitalu w stolicy Ghany, Akrze. Na stronie kingafreespirit.pl/kingapl, na której znajduje się relacja z wędrówki Kingi po Afryce, jej rodzice napisali:

   

To było w Akrze, w Ghanie, po krótkiej, ale ciężkiej w przebiegu chorobie, malarii mózgowej, 9 czerwca 2006 roku Kinga udała się w swoją kolejną, tym razem niekończącą się podróż. Chopin, jej przyjaciel i partner w ich wcześniejszych wędrówkach, do ostatniej chwili trwał przy niej. W duchu i modlitwie wspierało ją i nas wielu przyjaciół i tysiące osób, które od dawna śledziły jej losy. Słowa nie są w stanie opisać tego, co czujemy w związku ze śmiercią Kingi. Dla wielu z nas była inspiracją. Często mówiła o swych marzeniach i miała niesamowitą moc ich spełniania. Kinga znowu podróżuje... I choć trudno w to uwierzyć, znowu jest przed nami. Można powiedzieć, że jak zwykle. Do wielu miejsc, w których już była, pewnie wielu z nas nigdy nie dotrze. Z całą jednak pewnością tam gdzie teraz wędruje, my dotrzemy prędzej czy później. Dla nas rodziców to wielka pociecha, bo wiemy, że spotkamy kochaną osobę. I nie martwi nas zamiana ról, że będziemy prowadzeni przez córkę. Już teraz jest o milion lat świetlnych bardziej doświadczona od nas wszystkich.


Wiemy, że czeka na nas po drugiej stronie i szykuje atrakcyjne trasy. Teraz będzie się z nami komunikować poprzez tysiące małych rzeczy, które będą świecić wspomnieniami o niej. Gdy spojrzymy w niebo i zobaczymy poruszającą się gwiazdkę to może być ona, może zmienia kolejnego stopa...


Rodzice

   
Choć trudno w to uwierzyć, Kinga odeszła. Ludzie żyją jednak tak długo, jak pamięć o nich. O to, że zostanie zapomniana, gdziekolwiek teraz jest, Kinga nie musi się martwić.

   
[Piotr Tomza]

   

    

Posłuchaj także: "Malajka", reportaż Hanny Wilczyńskiej-Toczko (Polskie Radio)