Krzysztof Baranowski urodził się w 1938 roku, z dala od morza, we
Lwowie. Mimo tego bardzo szybko rozwinął w sobie zamiłowanie do
żeglowania. Pomógł mu w tym dziadek, który często zabierał go na wspólne
wyprawy kajakowe.
W dorosłym życiu Krzysztof Baranowski zasłynął dwoma samotnymi rejsami
dookoła świata. Ale mało kto wie, że zainteresowanie taką formułą
podróżowania przejawiał już w dzieciństwie – w pierwszą samotną wyprawę
wybrał się jako młody chłopak: kajakiem po Odrze.
Ten środek transportu nie był jednak stworzony dla niego. I to nie tylko
dlatego, że za ową solową eskapadę po Odrze dostał od swojej mamy jedyne
w życiu lanie. Jak wspomina: „Byłem zbulwersowany, że na kajaku muszę
się męczyć z wiosłami, podczas gdy żeglarze, bez żadnego wysiłku, mają z
pływania dużo więcej przyjemności”. Co do kwestii wysiłku i jego braku
podczas żeglowania, z czasem zweryfikował swoje młodzieńcze poglądy.
Najważniejsze było wszak to, że decyzja zapadła – postanowił zostać
żeglarzem.
Na swój pierwszy wielki rejs oceaniczny musiał poczekać do połowy lat
60. XX wieku. Uczestniczył w nim w nietypowej dla siebie roli, do której
w dodatku wcześniej się nie przygotowywał. Konieczność zmierzenia się z
nietypowymi sytuacjami, to jednak najlepsza szkoła życia:
„Nigdy nie lubiłem gotować, a w szczególności na jachtach, gdzie kuchnia
podskakuje na fali, w ciasnym pomieszczeniu śmierdzi, a słona woda kapie
na głowę z pokładu. Może to właśnie dlatego bardzo szybko robiłem
kolejne stopnie żeglarskie, że dowódca, czyli kapitan albo skipper, w
polskiej tradycji zwolniony jest z gotowania? Tak, to z tych oto
przyziemnych pobudek zostałem kapitanem jachtowym w dość młodym wieku.
I o to, jak na ironię, i mimo tych starań, swój pierwszy wielki rejs
dookoła Ameryki Południowej, na jachcie „Śmiały”, odbyłem w charakterze
kucharza. Niestety, tylko tak mogłem zabrać się na wyprawę. Ta niezwykła
pozycja kuka, będącego równocześnie kompetentnym kapitanem, pozwoliła mi
poczynić szereg ciekawych obserwacji i dostarczyła doświadczeń, z
których korzystałem przez następne 40 lat.”
6 lat po wspominanym rejsie dookoła Ameryki Południowej, w 1972 roku,
Baranowski wystartował w regatach samotnych żeglarzy przez Atlantyk (OSTAR)
z Plymouth w Wielkiej Brytanii do amerykańskiego Newport. Jak się
okazało, była to dla niego przymiarka i zarazem pierwszy krok do
realizacji naprawdę wielkiego przedsięwzięcia – samotnego rejsu dookoła
świata na jachcie „Polonez”.
Po 30 dniach rejsu przez Atlantyk na dwumasztowym keczu o długości 14
metrów Baranowski nie zamierzał szybko wracać do domu. Z Newport
skierował się na południe, do Kapsztadu. W czasie burzy na południowy
wschód od Przylądka Dobrej Nadziei sztorm trzykrotnie w ciągu jednej
nocy przewrócił jego jacht. Żywioł spowodował spore straty na
„Polonezie”, zniszczył m.in. samoster, ale nie złamał woli osiągnięcia
celu. Żeglarz wystrugał brakujący element z kawałka deski i na takim
awaryjnym sprzęcie z powodzeniem dopłynął do Tasmanii. W Port Hobart
odzyskał siły i obrał kurs na Port Stanley (Falklandy). Po pokonaniu
przylądka Horn, powrót przez Atlantyk nie mógł się już nie powieść.
Przybijając ponownie do portu w Plymouth w 1973 roku Krzysztof
Baranowski miał za sobą 35424 mil morskich samotnej podróży, która
zajęła mu 272 dni, i stał się drugim po Leonidzie Telidze Polakiem,
który w pojedynkę opłynął kulę ziemską.
Na zasłużonym „Polonezie”, tym razem już nie solo, ale z rodziną,
Baranowski odbył jeszcze jeden rejs. W latach 1976-77 ponownie
przepłynął Atlantyk i żeglował wzdłuż wybrzeży Ameryki. W kolejnych
latach zaangażował się w budowę „Pogorii”, która została zwodowana w
1980 roku. Na tej jednostce wziął udział w wyprawie naukowej do
Antarktyki, następnie zaś rozpoczął prowadzenie „Szkoły pod Żaglami”.
Rejs „pływającego liceum ogólnokształcącego”, którego załogę tworzyło
trzydziestu 16-latków oraz szkolni nauczyciele, odbył się w latach
1983-84. Na „Pogorii” popłynęli do Indii oraz wokół wybrzeży Afryki.
Pomysł Baranowskiego, by połączyć szkołę ze „szkołą życia” w trakcie
„przygody życia”, sprawdził się znakomicie. Podobny rejs polski kapitan
poprowadził też kilka lat później, tym razem w międzynarodowym,
polsko-rosyjsko-amerykańskim składzie, co zasługuje na szczególne
uznanie, zważywszy na fakt, że w 1988 roku, kiedy młodzi ludzie
żeglowali pod banderą ONZ wokół Ameryki Południowej, trwała jeszcze
„zimna wojna”.
W l. 90. Krzysztof Baranowski „przesiadł się” na jacht „Fryderyk
Chopin”. W dziewiczy rejs poprowadził na nim szkocką załogę do III
miejsca w transatlantyckich regatach z okazji 500-lecia pierwszej
wyprawy Krzysztofa Kolumba do Ameryki. Obecnie, od kilkunastu już lat,
jednostka służy jako miejsce odbywania kolejnych semestrów Szkoły pod
Żaglami.
Ćwierć wieku po odbyciu swojego pierwszego samotnego rejsu dookoła
świata Krzysztof Baranowski doszedł do wniosku, że opłynięcie Ziemi
tylko w jedną stronę, to jednak za mało. 2 października 1999 roku, na
sporym, 54-stopowym (16,5 m) jachcie „Lady B.” (zbudowanym w 1976 roku),
rozpoczął swoją drugą samotną „wielką pętlę”, tym razem tzw. trasą
pasatową – przez Atlantyk, Kanał Panamski, Południowy Pacyfik, Ocean
Indyjski, Morze Czerwone i Morze Śródziemne. Po 24 tys. mil morskich
zamknął ją 30 sierpnia 2000 roku w portugalskim porcie Vilamoura, stając
się tym samym jedynym jak do tej pory Polakiem, który dwukrotnie solo
opłynął kulę ziemską.
Kolejnego razu nie będzie. No cóż – trzeciej drogi wokół Ziemi, oprócz
tych już przez Baranowskiego przebytych: z zachodu na wschód i ze
wschodu na zachód, niestety nie ma. Ale gdyby tylko istniała, polski
żeglarz na pewno znów ruszyłby w podróż dookoła świata. Jednak dorobek Krzysztofa Baranowskiego nie ogranicza się wyłącznie do
dokonań zrealizowanych na morzu. Oprócz wielu wybitnych rejsów jest on
również pisarzem – autorem kilkunastu książek o tematyce żeglarskiej,
wydanych (w raz z tłumaczeniami) w łącznym nakładzie ponad 1 mln
egzemplarzy. Ponadto zrealizował ok. 50 filmów, wśród których znajdują
się obrazy nagradzane na takich festiwalach jak Yachtfilm (1984:
„Życiorys żaglowca”, 1992: „Sztorm”), Martitime Films (1991: serial
„Listy w butelce”, 1991: serial „Poszukiwanie Atlantydy”) czy
Międzynarodowy Festiwal Filmów Morskich w Cartagenie (1982: „Zmiana
wachty”).
Przez wiele lat często występował w programach telewizyjnych dla
młodzieży, w których konsekwentnie promował żeglarstwo. Obecnie swoją
działalność popularyzatorską kontynuuje pełniąc funkcję redaktora
naczelnego magazynu „Jachting”.
W roku 2008 przypada 35 rocznica pierwszego samotnego rejsu Krzysztofa
Baranowskiego dookoła świata. Stało się to okazją, by całokształt
nieprzeciętnych osiągnięć polskiego żeglarza uhonorować specjalną
nagrodą – Super Kolosem. Wręczenie statuetki odbyło się 8 marca, podczas
finału X Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów. W
miejscu jak najbardziej dla żeglarza odpowiednim – w Gdyni, przy Skwerze
Kościuszki, zaledwie kilkaset metrów od zacumowanego „Daru Pomorza”
(Baranowski wziął udział w jego ostatnim rejsie, co prawda w nietypowej
dla siebie roli, bo wyłącznie operatora filmowego, za to ze świetnym
skutkiem – nakręcił wówczas zdjęcia do swojego najbardziej utytułowanego
filmu, „Zmiany wachty”). Odbierając statuetkę z rąk kpt. Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
Krzysztof Baranowski szczególne podziękowania skierował do kpt.
Wojciecha Jacobsona, legendy polskiego żeglarstwa, człowieka, który
zawsze chętnie służył i służy pomocą oraz dzieli się swoim ogromnym
doświadczeniem z innymi żeglarzami. Laureat przypomniał, że bez wsparcia
Jacobsona, jego rejs „Polonezem” w 1972 roku mógł w ogóle nie dojść do
skutku.
Krzysztof Baranowski: „Tę nagrodę, Super Kolosa, dostaje się raz w
życiu. Cieszę się, że tego doczekałem. Jest to dla mnie niezwykły
zaszczyt przede wszystkim z tego powodu, że statuetkę przyznają nie
tylko żeglarze, ale i podróżnicy, himalaiści czy speleolodzy. Super
Kolosa będę zatem cenił wyjątkowo, bowiem honor z nim związany jest
wyrazem uznania całego środowiska podróżniczego, a nie tylko moich
kolegów z branży”.